Z basenu wyszłam sama. Bez niczyjej pomocy. Mokra tunika przykleiła mi się do ciała. Włosy przylgnęły do czoła. Telefon w kieszeni zgasł od razu. Osiem tysięcy złotych zamieniło się w mokry kawałek plastiku.
Wzięłam ręcznik z sąsiedniego leżaka. Owinęłam się. Wytarłam twarz. Ręce mi nie drżały. Sama byłam tym zdziwiona.
— Marek — powiedziałam spokojnym głosem. — Przed chwilą wepchnąłeś mnie do basenu bez mojej zgody. Zniszczyłeś mój telefon. Kosztował osiem tysięcy. Czekam na przelew do jutra.
Przestał się śmiać. Na ułamek sekundy. Potem znowu przykleił do twarzy uśmiech.
— Kasiu, no co ty. To był żart. Kupisz sobie nowy.
— Czekam na pieniądze do jutra — powtórzyłam. — W przeciwnym razie składam zawiadomienie na policji. To nie jest żart, Marek. To przemoc fizyczna.
Zapadła cisza. Nawet muzyka jakby przycichła.
Paweł stał obok. Też mokry — wskoczył za mną, ale zdążyłam już sama wyjść.
— Jedziemy — powiedział. I pierwszy raz od siedmiu lat nie dodał swojego zwyczajowego „on nie chciał”.
W samochodzie siedziałam na ręczniku. Woda spływała z siedzenia. Byłam mokra, wściekła i spokojna jednocześnie. Dziwne uczucie. Złość nie była gorąca. Była zimna. Przejrzysta. Jak poranek po mroźnej nocy.
Marek pieniędzy nie przelał. Ani następnego dnia. Ani po trzech dniach. Ani po tygodniu. Za to napisał do Pawła: „Powiedz tej swojej, żeby nie robiła histerii. Żart to żart. I niech się cieszy, że w ogóle ją znoszę na naszych spotkaniach”.
Paweł bez słowa pokazał mi wiadomość. Przeczytałam. I coś we mnie ostatecznie przesunęło się na właściwe miejsce. Nie pękło. Właśnie się przesunęło. Jak dźwignia, która przez długi czas nie chciała wskoczyć, aż w końcu zatrzasnęła się tak, jak powinna.
Tydzień później mieliśmy u siebie kolację. Częściowo prywatną, częściowo biznesową. Zaprosiłam dwoje potencjalnych partnerów franczyzowych. Paweł zaprosił swoich kolegów. Marek sam się wprosił. Zadzwonił do Pawła: „Słyszałem, że robicie spotkanie. Wpadnę z Ewą”. Paweł zapytał mnie. Odpowiedziałam: niech przyjdzie.
Dwanaście osób przy długim stole. Nasz salon, ten sam co zawsze. Gotowałam dwa dni. Nie dla Marka. Wśród gości byli Wolski i Zielińska — właściciele sieci kawiarni z Poznania, którzy rozważali moją franczyzę. Ta kolacja była ważna. Naprawdę ważna.
Marek przyszedł w swojej firmowej koszuli, przyniósł butelkę wina za dwieście złotych i Ewę. Uściskał Pawła, skinął mi głową, usiadł przy stole. Przez pierwszą godzinę zachowywał się poprawnie: żartował, opowiadał o Turcji, chwalił jedzenie. Przez moment pomyślałam nawet, że historia z basenem jednak czegoś go nauczyła.
Nie.
Kiedy przyszła pora na deser — podałam tartaletki z kremem jagodowym, również robione ręcznie — Marek rozparł się na krześle. W dłoni trzymał kieliszek czerwonego wina, spojrzenie miał już mętne i lepkie.
— A nasza Kasia, swoją drogą, nie tylko świetnie gotuje, ale też świetnie je — powiedział, zwracając się do Wolskiego. — Paweł, powiedz, ile ona potrafi wciągnąć za jednym razem?
Wolski uniósł brwi. Zielińska odłożyła widelec.
Siedziałam po drugiej stronie stołu. Przede mną tartaletka. Jagodowy krem. Ugotowany przeze mnie rano. Cztery godziny w kuchni. Dwa dni przygotowań. Partnerzy franczyzowi. Mój dom. Mój stół. Moje jedzenie.
I ten człowiek — znowu.
W środku nagle zrobiło się bardzo cicho. Nie gniew. Cisza. Ta, która przychodzi na sekundę przed ostateczną decyzją.
Wstałam. Spokojnie. Wzięłam telefon — nowy, kupiony zamiast utopionego. Osiem tysięcy z mojej kieszeni, bo Marek nigdy niczego nie przelał.
— Aneta — powiedziałam do słuchawki. W salonie natychmiast ucichło. — Tu Katarzyna. Tak, wiem, że jest wieczór. Posłuchaj, jutro rano przygotuj wypowiedzenie wszystkich obowiązujących umów z „Bryza Media”. Wszystkich kontraktów. Projektowanie, social media, akcje sezonowe — wszystko. Powód: niezadowalająca jakość komunikacji. Tak, dla wszystkich pięciu punktów. Tak, jestem pewna. Nowego wykonawcę znajdziemy w ciągu tygodnia. Dziękuję.
Odłożyłam telefon na stół. I spojrzałam na Marka.
On jeszcze nie rozumiał. Jeszcze nie. Patrzył na mnie tak, jak patrzy się na człowieka, który nagle zaczął mówić w obcym języku.
— Katarzyna — powiedział — co ty wyprawiasz?
— Marek — odpowiedziałam — „Cukiernia Plus” to moja firma. „Słodka Sprawa” to moja sieć. Pięć cukierni. Trzydziestu dwóch pracowników. Od sześciu lat twoja agencja istnieje dzięki moim zleceniom. Czterysta osiemdziesiąt tysięcy złotych rocznie. Prawie połowa twojego obrotu. Sprawdzałam.
Widziałam, jak zmienia się jego twarz. Etap po etapie. Najpierw dezorientacja. Potem gorączkowe liczenie. Później zrozumienie. I wreszcie strach.
— Poczekaj — odstawił kieliszek, a wino chlapnęło na obrus. — „Cukiernia Plus” to ty? Aneta jest od ciebie?
Wolski siedział nieruchomo. Zielińska patrzyła na Marka takim wzrokiem, który znałam zbyt dobrze. Tak patrzy się na owada znalezionego we własnym talerzu.
