I poklepał mnie po ramieniu.
Stałam obok czterokilogramowego tortu, nad którym pracowałam sześć godzin, a patrzyło na mnie dwadzieścia osób. Ktoś spuścił oczy. Ktoś wycisnął z siebie niezręczny uśmiech. Ewa studiowała zawartość swojego kieliszka.
Coś we mnie kliknęło. Nie wybuchło. Właśnie kliknęło. Jakby zamknął się zamek.
— Adam — powiedziałam bardzo równo — ten tort kosztuje tysiąc dwieście złotych. Zajęło mi sześć godzin, żeby go zrobić. Przed chwilą obraziłeś osobę, która przyniosła ci ręcznie wykonany prezent. Dlatego zabieram tort z powrotem.
I zamknęłam pudełko.
Cisza zrobiła się tak gęsta, że było słychać, jak gdzieś w kuchni kapie woda.
— Ty mówisz poważnie? — Adam zamrugał.
— Bardziej niż myślisz.
Podniosłam pudełko. Cztery kilogramy. A ręce nawet mi nie drgnęły. Odwróciłam się i poszłam do wyjścia.
Krzysztof dogonił mnie dopiero na parkingu.
— Małgosia, poczekaj.
— Poczekam w samochodzie.
— Przecież on nie chciał. On po prostu…
— Krzysztof — postawiłam pudełko na masce auta. — On „po prostu” robi to już od siedmiu lat. Na każdym spotkaniu. Przy wszystkich. Nie zamierzam dłużej udawać, że to normalne. Jedziemy.
Odjechaliśmy. Rano zawiozłam tort do cukierni. Sprzedał się w mniej niż godzinę.
Przez całą drogę Krzysztof milczał. Dopiero w domu powiedział:
— Obraził się.
— Ja też — odpowiedziałam.
Tamtego wieczoru siedziałam sama w kuchni. Za oknem panowała cisza. Piłam herbatę i myślałam, że tysiąc dwieście złotych to wcale nie jest tak ogromna kwota. I sześć godzin to też nie aż tak dużo czasu. Ale dwadzieścia osób, które zobaczyły, jak zabieram własny prezent z powrotem — to było coś nowego. Nie wiedziałam, czy postąpiłam właściwie. Ale miałam proste plecy. A to już coś znaczyło.
A dwa tygodnie później Adam zadzwonił tak, jakby nic się nie wydarzyło. Zaprosił nas na imprezę przy basenie. I zażartował: „Tylko tym razem bez tortów”.
Nie chciałam jechać. Wcale. Powiedziałam Krzysztofowi, że nie jadę. Skinął głową. A po kilku dniach jednak powiedział:
— Małgosiu, będą tam Sławek z Anią. I Daniel też. Sto lat ich nie widzieliśmy. Nie proszę cię, żebyś godziła się z Adamem. Po prostu pojedźmy razem. Dla mnie.
Dla niego. Osiem lat — dla niego. Każde święto, każdy wspólny weekend, każda bezsensowna impreza. Kiedyś policzyłam: przez siedem lat spotykaliśmy się z Adamem mniej więcej sześćdziesiąt razy. Osiem, dziesięć spotkań rocznie. I ani jedno nie obyło się bez kolejnej uwagi o mojej wadze, jedzeniu, figurze albo ubraniu.
Sześćdziesiąt spotkań. Sześćdziesiąt upokorzeń. Za każdym razem albo się uśmiechałam, albo milczałam, albo po prostu wychodziłam do innego pokoju. A Krzysztof potem niezmiennie mówił: „On przecież nie robi tego ze złośliwości”.
Mimo wszystko pojechałam.
Adam miał dom pod miastem. Dużą działkę, basen, miejsce na grilla. Wszystko piękne, wszystko drogie, wszystko na pokaz. Uwielbiał demonstrować: patrzcie, czego się dorobiłem. Białe leżaki, podświetlona woda, muzyka z głośników. Gości było osiemnastu. Połowę znałam, reszty nie.
Założyłam zabudowany kostium kąpielowy, a na wierzch tunikę. Rozmiar pięćdziesiąt dwa — tak, jestem dużą kobietą. I wiem o tym. Wiem każdego dnia, kiedy się budzę, ubieram, jadę do pracy, zarządzam pięcioma cukierniami i wypłacam pensje trzydziestu dwóm ludziom. Moja waga jest moją wagą. Nie jego sprawą.
Pierwsza godzina minęła spokojnie. Adam krzątał się przy grillu i zagadywał nowych gości. Siedziałam na leżaku, piłam lemoniadę i rozmawiałam z Anią. Lubiłam Anię. Ona też była większą kobietą i ona także dostawała od Adama swoje „żarty”, tylko rzadziej — widywali się najwyżej kilka razy w roku.
Potem podszedł Adam. Z kieliszkiem. Z tym swoim firmowym uśmiechem. Opalony, wysportowany. Stanął obok.
— Małgosiu, a ty czemu nie wchodzisz do basenu? Woda jest świetna.
— Nie mam ochoty — odpowiedziałam.
— Daj spokój! Wszyscy pływają. Czy boisz się, że basen wystąpi z brzegów?
Ktoś parsknął. Dwie, może trzy osoby. Reszta udała, że niczego nie słyszy.
Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się do Ani. Kontynuowałam rozmowę. Myślałam, że zaraz odpuści. Jak zwykle. Powie coś paskudnego, ja przemilczę, wieczór się skończy, wrócimy do domu.
Ale Adam nie odszedł. Stał tuż za moimi plecami. Czułam jego cień.
I nagle krzyknął tak, żeby usłyszeli wszyscy:
— Gruba idiotko! No, wskakuj do wody!
I popchnął mnie. Mocno. Dwiema rękami w plecy. Właśnie wstałam z leżaka, żeby odejść od niego, i stałam tuż przy krawędzi.
Woda. Uderzenie w ciało. Chlor w nosie. Tunika natychmiast nasiąkła i pociągnęła mnie w dół. Wynurzyłam się, złapałam brzegu. W uszach mi dudniło. Widziałam go u góry — stał, śmiał się, rozkładał ręce: „No daj spokój, przecież żartowałem!”.
Patrzyło na mnie osiemnaście osób. Ktoś się śmiał. Ktoś milczał. Krzysztof biegł do mnie od grilla. Ewa stała blada jak ściana.
Z basenu wyszłam sama. Bez niczyjej pomocy. Mokra tunika oblepiła mi ciało. Włosy przykleiły się do czoła. Telefon w kieszeni zgasł od razu. Osiem tysięcy złotych zamieniło się w mokry kawałek plastiku.
