Przyjechałam na działkę bez zapowiedzi i zastałam ich przy obiedzie: bliźnięta jadły drożdżowe bułeczki i winogrona, a moją Alicję posadzono osobno na stołeczku z miską owsianki na wodzie

— Mogła jej pani od razu postawić osobną miskę, pani Krystyno. I najlepiej zawiesić nad nią tabliczkę: „Nie dotykać, to nie rodzina” — powiedziałam od progu, ściskając dziecięcą książkę tak mocno, że róg okładki boleśnie wbił mi się w dłoń.

W jadalni zapadła cisza tak nagła, że z werandy dobiegło wyraźne brzęczenie poluzowanej półki w starym Polarze. Bliźnięta zastygły z łyżkami w rękach. Alicja siedziała obok kredensu na niskim taborecie, nie przy wspólnym stole, lecz jak obce dziecko przysłane tu tylko na chwilę. Przed nią stała miska rzadkiej owsianki ugotowanej na wodzie. Tymczasem na stole pysznił się pieczony kurczak, rumiane bułeczki drożdżowe, mizeria z koperkiem, duża misa winogron i dzban domowego kompotu. Obrazek mógłby nosić tytuł: „Rodzina je, reszta patrzy”.

— Moniko — odezwała się sucho Krystyna, obracając się bez pośpiechu, jakbym nie była matką trojga dzieci, tylko kurierką, która przywiozła zakupy o niewłaściwej porze — ludzie dobrze wychowani uprzedzają, że przyjadą.

— A źle wychowani dzielą dzieci na lepsze i gorsze? — zapytałam, wchodząc do środka. — Właśnie próbuję ustalić, kto dziś bardziej się popisał.

— Moniko — teściowa uśmiechnęła się sztywno i poprawiła serwetkę przy talerzu małego Tomka — jak zwykle pojawiasz się teatralnie i w najmniej odpowiednim momencie. Jemy obiad. Alicja ma specjalną dietę.

— Specjalną? — powtórzyłam, podchodząc do córki. — Tak to się teraz nazywa? Muszę zapamiętać. Kurczak dla rodziny, owsianka na wodzie dla dodatku do małżeństwa.

— Mamo, ja nie jestem głodna — powiedziała szybko Alicja, nie podnosząc wzroku.

To ciche „nie jestem głodna” zabolało mnie bardziej niż wszystko inne. Miała osiem lat, a już umiała osłaniać cudze okrucieństwo, żeby nikogo nie zdenerwować. Siedziała i rozgniatała łyżką grudki kaszy z powagą dorosłej kobiety uczestniczącej w rodzinnym zebraniu, na którym z góry wyznaczono jej rolę winnej.

— Alicjo, wstań, proszę — powiedziałam spokojnie i wyciągnęłam do niej rękę.

— Siedź — rzuciła ostro Krystyna.

Nie mówiła do mnie. Rozkazywała dziecku.

— Nie skończyłaś owsianki.

Odwróciłam się do niej bardzo powoli.

— Czy pani właśnie wydała polecenie mojej córce?

— Próbuję utrzymać porządek we własnym domu — odpowiedziała teściowa, zaciskając usta. — A ty najwyraźniej postanowiłaś urządzić przedstawienie. Chociaż przy dzieciach mogłabyś nad sobą panować.

— Przy dzieciach? — parsknęłam. — Przedstawienie trwa od dawna. Główną rolę gra osoba, która klasyfikuje dzieci: dwoje sadza przy stole, a trzecie odsyła pod kredens. Wspaniała pedagogika. Najwyraźniej dawne lata pracy w szkole wciąż nie pozwalają pani odpocząć.

— Moniko — powiedziała lodowato, krzyżując ręce — nie urządzaj histerii. Wyjaśniłam dziewczynce, że słodycze i ciasto nie są dla niej wskazane. Ma skłonność do tycia. A tym dzieciom potrzebne jest pełnowartościowe jedzenie.

— Tym dzieciom? — skinęłam głową w stronę bliźniąt. — Gdy przełożyć pani podniosły język na zwykłą polszczyznę, wychodzi na to, że oni są prawdziwymi wnukami, a Alicja kłopotliwym dodatkiem do ślubu?

— Nie przekręcaj moich słów — odparła cicho Krystyna.

W jej spokojnym tonie było jednak tyle wyższości, że miałam ochotę otworzyć wszystkie okna.

— Sama doskonale wiesz, o co chodzi. Są rzeczy, których nie zmienia obrączka ani piękne przemowy o miłości. Krew to krew.

— Rozumiem — przytaknęłam. — Sumienie też ma pani najwyraźniej podzielone według grup.

— Mamo — odezwała się przestraszona Zosia — czemu babcia się złości?

— Bo babcia uważa, że można uchodzić za mądrą osobę, a jednocześnie nie mieć serca — odpowiedziałam, nie spuszczając wzroku z teściowej.

— Nie waż się nastawiać dzieci przeciwko mnie! — Krystyna podniosła głos.

Srebrna łyżeczka uderzyła o talerz.

— Zrobiłam dla waszej rodziny więcej niż ty przez wszystkie lata! Kto dał wam pieniądze na wkład własny? Kto kupował meble? Kto zajmował się bliźniętami, kiedy biegałaś po salonach fryzjerskich i robiłaś paznokcie?

— Paznokcie? — roześmiałam się bezwiednie. — Cudowne. Zwłaszcza że wtedy jeździłam po całym mieście, pokazywałam klientom mieszkania i zarabiałam na raty kredytu, podczas gdy pani syn szukał życiowego powołania między czatem kibiców a firmowymi imprezami.

— Nie pozwalaj sobie tak mówić o Pawle — syknęła.

— A pani niech sobie nie pozwala tak traktować mojej córki — ucięłam.

Pochyliłam się nad Alicją i wciągnęłam na nią kurtkę prosto na domową bluzę. Palce dziewczynki wyraźnie drżały.

— Mamo, mogę zabrać książkę? — zapytała ledwie słyszalnie.

— Możesz zabrać wszystko, co jest twoje — odpowiedziałam.

— Nigdzie teraz nie pojedziecie — oznajmiła Krystyna i stanęła przy drzwiach. — Bliźnięta zostają tutaj. Mają plan dnia, świeże powietrze i działkę. Jeszcze tego brakowało, żebyś przez własną urazę popsuła im cały weekend.

— Proszę odejść od drzwi — powiedziałam spokojnie.

— Nie.

— Pani Krystyno — spojrzałam na nią bez dawnego pragnienia, by się podobać, bez grzecznego uśmiechu i bez odruchu unikania konfliktu — proszę się odsunąć. Póki proszę uprzejmie.