Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Nie miło, nie śmiesznie. Po prostu nieprzyjemnie.
Bo gdy jesteś dorosłym facetem, żonatym, przyjechałeś w interesach, a ktoś zaczyna sprawdzać twoją odporność, nie czujesz się jak mężczyzna marzeń, ale jak człowiek wciągany w czyjąś grę bez pytania.
— Marysiu, — powiedziałem tak równym tonem, jak potrafiłem, — pozwól, że szybko skończę i pojadę.
— Gdzie tak się spieszysz? — usiadła na kanapie, podkurczając nogi. — Herbaty, kawy, czegoś mocniejszego?
— Nic nie chcę.
— Żona będzie cię łajać?
Powiedziała to z uśmiechem, ale z jakimś naciskiem.
— Nie. Po prostu w domu na mnie czekają.
Zamilkła na parę sekund, potem parsknęła:
— Szczęśliwy jesteś człowiek. Czekają na ciebie.
I właśnie wtedy powinienem był, rozsądnie rzecz biorąc, skończyć, spakować narzędzia i wyjść. Ale telewizor wisiał już do połowy, postanowiłem dokończyć. To zawsze moja wada: jak coś zacznę, muszę skończyć, nawet jeśli wokół pachnie już nie tylko wanilią, ale i kłopotem.
Marysia wstała, podeszła znowu blisko i powiedziała niemal szeptem:
— A Świnka ma rację. Jesteś bardzo porządny.
— W jakim sensie ma rację?
— Tak sobie… dużo o tobie opowiadała.
Spojrzałem na nią uważniej. Bo uśmiechała się nie jak osoba, która flirtuje spontanicznie. Miała twarz kogoś, kto wykonuje wcześniej ustalony scenariusz.
— Co dokładnie opowiadała? — spytałem.
— Że od dawna żyjesz jakby z przyzwyczajenia. Że z żoną już wszystko macie… no, ciche. Bez ognia.
Aż zastygłem.
— To ona ci powiedziała?
— No… jesteśmy przyjaciółkami. Ona się o ciebie martwi.
Powoli odłożyłem wkrętarkę na podłogę.
— Posłuchaj. To, co się dzieje między mną a żoną, was obie absolutnie nie dotyczy.
Marysia usiadła z powrotem, ale nie spuściła wzroku.
— A jeśli dotyczy? Jeśli ktoś po prostu chce, żebyś wreszcie przypomniał sobie, że jesteś żywym mężczyzną?
W tym momencie zrobiło mi się prawdziwie niedobrze. Nawet nie przez nią. Przez Świnkę. Przez tę tanią, jakąś taką młodzieżową ustawkę. Rodzona siostra przez pół roku nosiła urazę do mojej żony i postanowiła co? Udowodnić, że jestem słaby? Podsunąć mi koleżankę? Urządzić test wierności, jak w tanim programie?
Nawet początkowo nie wierzyłem. Tak bardzo było to głupie i podłe jednocześnie.
— Co właściwie tu się teraz dzieje? — spytałem.
Marysia wzruszyła ramionami, ale jej uśmiech już się zachwiał.
— Andrzej, nic takiego. Jesteś dorosłym człowiekiem. Ja jestem dorosłą kobietą. Po prostu siedzimy, rozmawiamy.
— Nie. Nie po prostu. Zostałem tu poproszony o powieszenie telewizora. A nie o to wszystko.
— A co to „to wszystko”? — jej głos stał się twardszy. — Ktoś cię na siłę trzyma? Jesteś jak jakiś święty.
Spojrzałem na nią:
— Nie święty. Po prostu nie chcę, żeby ktoś się do mnie dobierał.
Pewnie z boku brzmiało to prawie śmiesznie. Facet po pięćdziesiątce stoi z poziomicą i mówi kobiecie: „Nie chcę, żeby ktoś się do mnie dobierał”. Zwykle przecież jest tak przyjęte? Jeśli kobieta okazuje zainteresowanie, mężczyzna powinien się cieszyć, albo przynajmniej czuć uszczęśliwiony. A ja w tamtym momencie czułem tylko złość i wstyd. Jakbym został bez pytania rozebrany moralnie i zaczęto dyskutować, czy dam radę, czy nie.
Marysia wstała gwałtownie:
— Daj spokój. Można pomyśleć, że cię to brzydzi.
— Tak, — powiedziałem. — Teraz mnie to brzydzi.
Nastąpiła cisza. W kuchni cyknęła lodówka. Za oknem ktoś klaksonował na podwórku. W sąsiednim mieszkaniu zaszczekał pies. I na tym tle Marysia nagle zupełnie innym głosem, bez omdlenia, bez gry, zmęczonym tonem powiedziała:
— Świnka mówiła, że jesteście na skraju rozwodu.
— Świnka dużo mówi.
— Powiedziała, że żona cię nie docenia. I jeśli znajdziesz kogoś innego, to będzie tylko sprawiedliwe.
Zaśmiałem się. Szczerze. Nie dlatego, że było śmiesznie, ale dlatego, że czasem od absurdu można się tylko w ten sposób ratować.
— Sprawiedliwe? Chryste. Ona ma pięćdziesiąt dwa lata, a żyje jakby w ósmej klasie. „Odbiorę ci męża”, „coś ci udowodnię”. Słyszycie siebie nawzajem?
Marysia się zaczerwieniła. Po raz pierwszy zobaczyłem w niej nie pewną siebie uwodzicielkę, a zwykłą zmęczoną kobietę, która też, z jakiegoś powodu, weszła tam, gdzie nie powinna.
— Myślisz, że to jest dla mnie łatwe? — powiedziała cicho. — Ja przecież też nie jestem dziewczynką. I nie idiotką. Po prostu…
Urwała.
— Po prostu co?
— Po prostu Świnka powiedziała, że jesteś nieszczęśliwy. Że potrzebujesz bodźca. Że od dawna żyjesz nie swoim życiem.
— A nie powiedziała, że sama od pół roku prawie ze mną nie rozmawia? Że jest obrażona, bo Lena nie chciała jej przeprosić za coś, czego nie zrobiła?
Marysia spuściła wzrok.
I wtedy, niespodziewanie dla siebie, zrozumiałem jedną rzecz: nie jestem zły na tę kobietę. Ona może jest samotna, może sama chciała poczuć się pożądana, może uwierzyła w czyjąś wersję wydarzeń. Nieprzyjemne, owszem. Ale główny cios nie był od niej.
Był od siostry.
Od osoby, która wie, jak żyję. Która zna Lenę od trzydziestu lat. Która jadła z nami przy jednym stole, zostawiała u nas dzieci na weekend, pożyczała pieniądze, płakała u mnie w kuchni po rozwodzie. I ta osoba postanowiła wykorzystać mnie jako narzędzie w swojej wojnie kobiecej.