— Skoro to ty gotujesz i nakrywasz do stołu, wszystkie wydatki są twoje! — oznajmiła teściowa. Marta nie odpowiedziała ani słowem, tylko położyła przed rodziną rachunek za trzy lata. Nagle nikt nie miał już ochoty na dokładkę

Za dziewięćdziesiąt tysięcy mogli wyremontować mieszkanie, odłożyć pieniądze na podróż albo przeznaczyć je na własne potrzeby. Marta próbowała przypomnieć sobie, kiedy ostatnio kupiła coś wyłącznie dla siebie, bez praktycznego powodu, po prostu dlatego, że miała ochotę. Nie potrafiła.

Wszystkie wolne środki tydzień po tygodniu znikały na cudzych stołach, a otoczenie przyjmowało ten porządek jako coś całkowicie naturalnego.

Marta odłożyła kalkulator, wstała i kilka razy przeszła przez kuchnię. Potem ponownie usiadła przy stole.

Skoro Halina tak bardzo lubi rachunki, należało policzyć wszystko, nie tylko zakupy.

Marta wzięła telefon i wpisała w wyszukiwarkę: cena usług kucharza w domu, koszt cateringu dla dziewięciu osób, organizacja rodzinnego przyjęcia z obsługą.

Na ekranie pojawiały się kolejne oferty. Zakup i dowóz produktów. Przygotowanie potraw. Nakrycie stołu. Sprzątanie po przyjęciu. Każda czynność miała osobną cenę.

Za ośmiogodzinną zmianę kucharz dojeżdżający do klienta otrzymywał około sześciuset czterdziestu złotych. Kwota nie obejmowała produktów, sprzątania ani wysłuchiwania nieustannych uwag zamawiającego.

Marta otworzyła zeszyt na czystej stronie. Tym razem nie sporządzała listy wydatków. Układała cennik.

Zakup produktów i dostawa — sto dwadzieścia złotych.

Osiem godzin pracy kucharza — sześćset czterdzieści złotych.

Nakrycie stołu dla dziewięciu osób — sto pięćdziesiąt złotych.

Sprzątanie kuchni i salonu po przyjęciu — sto osiemdziesiąt złotych.

Następnie przypomniała sobie wszystkie polecenia i pretensje: „za słone”, „za zimne”, „sos podaj osobno”.

Uśmiechnęła się gorzko i dopisała jeszcze jedną pozycję.

Dodatkowe poprawianie dań zgodnie z indywidualnymi życzeniami klienta — dziewięćdziesiąt złotych.

Suma wyniosła tysiąc sto osiemdziesiąt złotych za jeden rodzinny obiad.

Była to zwyczajna stawka rynkowa, bez zawyżania i bez oszustwa.

Każdej soboty Marta wykonywała więc bezpłatną pracę wartą niemal tysiąc dwieście złotych, a później dokładała jeszcze około sześciuset złotych za produkty. W zamian słyszała, że przed poznaniem teściowej nie umiała ugotować jajka.

Zamknęła zeszyt i położyła się do łóżka. Sen jednak długo nie nadchodził.

W poniedziałek, podczas pracy w barze przy trasie, opowiedziała o wszystkim swojej koleżance. Ewa od dwudziestu lat stała za ladą i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Marta tak długo godziła się na podobne traktowanie.

— Naprawdę co tydzień karmisz za darmo dziewięć osób? — zapytała. — Policz wartość swojej pracy i połóż im rachunek przed nosem. Zobaczysz, jak szybko przypomną sobie wtedy, że jesteście rodziną.

Odłożyła chochlę i wytarła dłonie w ręcznik.

Marta nic nie odpowiedziała, lecz kwota wyliczona poprzedniej nocy przestała jej się wydawać przesadzona. Ewa nie znała szczegółów, a mimo to doszła do podobnego wniosku.

Przez całą zmianę słowa koleżanki wracały do Marty.

Policz i pokaż.

Wieczorem wiedziała już dokładnie, co zrobi.

Po powrocie do domu nie powiedziała Pawłowi ani słowa. Milczała następnego dnia i jeszcze kolejnego. Mąż zauważył, że stała się wyjątkowo cicha, i zapytał, o czym myśli.

— O sobocie — odpowiedziała.

Paweł wzruszył ramionami.

Dla niego sobotnie spotkania były odpoczynkiem. Miał przy sobie matkę i krewnych, przed sobą pełny stół, a do galarety kieliszek zimnej wódki. Nie widział porannego targowiska, ciężkich toreb, rozgrzanej kuchni ani naczyń zmywanych po północy.

W czwartek Marta sama rozpoczęła rozmowę.

— Twoja matka kupuje produkty, ale pieniądze oddaję ja. Co tydzień około sześciuset złotych. Ja też gotuję. Dla całej twojej rodziny.

— Mama się przecież stara — odparł Paweł. — Lubi, kiedy wszyscy się spotykają.

Znów użył zdania, którym kończył każdą podobną rozmowę.

Marta tylko skinęła głową. Rok wcześniej przestała wierzyć, że słowa mogą coś zmienić. W tej rodzinie słowa nie miały żadnej wartości.

Być może liczby okażą się bardziej przekonujące.

Halina zadzwoniła już w środę. Wesołym, pewnym tonem prawdziwej gospodyni poleciła przygotować na sobotę rybę w galarecie i upiec kaczkę. Ostrzegła także, żeby nie oszczędzać na cieście, ponieważ tym razem mieli przyjechać szczególnie ważni goście.

Marta słuchała, ściskając w dłoni czerwoną teczkę. Głos teściowej docierał do niej jak odległy szum samochodów za zamkniętym oknem. Decyzja została już podjęta i właśnie dlatego Marta czuła niezwykły spokój.

— Tym razem wszystko zostanie dokładnie policzone — odpowiedziała.

Przygotowywała się przez kilka dni. W piątek pojechała do sklepu papierniczego, kupiła arkusze grubego papieru i czerwoną teczkę. W domu ułożyła wszystko na kuchennym stole tak starannie, jak dawniej układała faktury przed kontrolą w stołówce.

Przypominała sobie każdą sobotę. Ciężkie torby wnoszone po schodach. Osiem godzin przy rozgrzanej kuchence. Stosy naczyń mytych późną nocą. Śpiącego Pawła. Sześćset złotych wyjmowane co tydzień z portfela.

Teraz każda czynność otrzymała konkretną cenę.