Śpiesząc się na samolot, Marek nagle zobaczył na lotnisku swoją żonę, która zapewniała, że opiekuje się chorą matką na wsi. Gdy postanowił po cichu ruszyć za nią, odkrył coś, na co zupełnie nie był przygotowany…

Dalej ruszył pieszo, ostrożnie i możliwie bezszelestnie.

Joanna zdążyła już wysiąść z samochodu. Kierowcą okazał się wysoki mężczyzna około pięćdziesiątki, ubrany w długi ciemny płaszcz. Pewnym krokiem skierował się ku staremu dwupiętrowemu budynkowi. Joanna podążyła za nim.

Oboje zniknęli za ciężkimi metalowymi drzwiami.

Marek rozejrzał się dookoła i po jednej stronie budynku zauważył rozbite okno. Podszedł do niego ostrożnie i zajrzał do środka.

Wnętrze przypominało opuszczone biuro. Na podłodze leżały śmieci, przy ścianach stały stare meble, a z sąsiedniego pomieszczenia, którego drzwi pozostawiono lekko uchylone, dobiegały przytłumione głosy.

Jeden z nich należał do Joanny.

Nieznajomy mówił spokojnie, lecz pod opanowanym tonem wyczuwało się groźbę. Przypominał Joannie, że czas niemal się skończył i że potrzebne dokumenty muszą zostać przekazane jeszcze dzisiaj.

Joanna odpowiedziała cicho, że teraz nie może tego zrobić, ponieważ ktoś może ich obserwować.

A potem wypowiedziała zdanie, po którym Marek wstrzymał oddech.

— Mój mąż o niczym nie wie. I pod żadnym pozorem nie może poznać prawdy.

Marek poczuł, jak ogarnia go lodowaty chłód.

Oparł się plecami o zimny ceglany mur. Słowa żony nieustannie rozbrzmiewały mu w głowie.

„Mój mąż o niczym nie wie. Nie może poznać prawdy”.

A więc nie chodziło o przypadkowe spotkanie. Być może nawet nie o zdradę. To, czego właśnie był świadkiem, wyglądało na coś o wiele poważniejszego. Joanna była związana ze sprawą, którą najwyraźniej od dawna przed nim ukrywała.

Pierwszym odruchem Marka było wtargnięcie do środka i zażądanie wyjaśnień. W ostatniej chwili powstrzymał go jednak rozsądek.

Gdyby wszedł teraz do pokoju, Joanna mogłaby zacząć się tłumaczyć, kłamać albo całkowicie odmówić rozmowy. Wtedy prawdziwy powód jej zachowania nadal pozostałby tajemnicą.

Marek nabrał powietrza i ponownie zbliżył się do okna.

Głos Joanny był teraz cichszy, lecz zabrzmiała w nim stanowczość.

— Dzisiaj nie mogę przekazać dokumentów. On wrócił wcześniej, niż powinien. Jeżeli zniknę na kilka godzin, Marek zacznie dzwonić, szukać mnie i narobi zamieszania. Nie możemy zwracać na siebie uwagi. Dajcie mi jeszcze dwa dni.

— Nie mamy dwóch dni — odpowiedział chłodno mężczyzna. — Doskonale wiesz, co jest stawką. Jeżeli materiały nie wyjadą do piątku, będzie po wszystkim. I uwierz mi, twój mąż jest teraz najmniejszym problemem. Znacznie groźniejsi są ludzie, którzy szukają tych danych. Są już bardzo blisko.

Marek zmarszczył brwi.

Jakich danych?

Co właściwie miało zostać wywiezione?

Serce waliło mu tak mocno, że czuł pulsowanie w gardle. Nagle przypomniał sobie, jak bardzo Joanna zmieniła się w ostatnich miesiącach. Stała się cicha i zamknięta w sobie. Coraz częściej zostawała dłużej w pracy, a kilka razy wracała do domu późną nocą, tłumacząc się pilnymi zestawieniami.

Pracowała jako archiwistka w bibliotece miejskiej. Markowi zawsze wydawało się, że trudno o spokojniejsze i bezpieczniejsze zajęcie. Właśnie dlatego nigdy wcześniej nie podważał jej wyjaśnień.

Teraz wszystko nabierało zupełnie innego znaczenia.

— Dotrzymam słowa — powiedziała Joanna. — Ale spotkajmy się jutro, gdzie indziej. Przyjdę sama i przekażę pendrive. Potem to wszystko ma się skończyć. Obiecajcie mi tylko jedno: moja rodzina będzie bezpieczna.

— Obiecuję — odparł mężczyzna krótko. — Jutro punktualnie w południe. Stary park przy bulwarach. Przy fontannie. Jeżeli się spóźnisz albo przyprowadzisz za sobą ogon, umowa przestaje obowiązywać. A wtedy nie będziemy już w stanie ochronić ani ciebie, ani twojego męża.

Marek gwałtownie cofnął się od ściany.

W jego głowie panował kompletny chaos. Pendrive, dokumenty, niebezpieczne informacje, ochrona rodziny. Niczego jeszcze nie rozumiał, ale jedno stawało się coraz bardziej oczywiste.

Joanna nie oszukiwała go z powodu zwykłego romansu.

Wplątała się w coś naprawdę niebezpiecznego.

Marek odszedł od budynku i ukrył się za dużym kontenerem.

Kilka minut później metalowe drzwi się otworzyły. Joanna wyszła sama. Szybko rozejrzała się dookoła, poprawiła płaszcz i skierowała w stronę ulicy. Czekała tam na nią inna taksówka, zapewne zamówiona wcześniej.

Marek nie ruszył za nią.

Rozmowa w tej chwili niczego by nie rozwiązała.

Wyjął telefon i wybrał numer Pawła, swojego wieloletniego przyjaciela pracującego w policji.

Paweł odebrał dopiero po kilku sygnałach.

— Marek? Przecież miałeś lecieć do Gdańska. Co się stało?

— Potrzebuję twojej pomocy. Pilnie. Ale nieoficjalnie i absolutnie poufnie. Możesz sprawdzić samochód po numerze rejestracyjnym?

Marek podał dane, które udało mu się odczytać ze zdjęcia.

— I jeszcze jedno. Sprawdź, czy prowadzicie jakieś postępowania związane z miejskimi archiwami, starymi dokumentami albo informacjami z urzędu. Joanna coś przede mną ukrywa. Mam wrażenie, że grozi jej niebezpieczeństwo.

Po drugiej stronie zapadła długa cisza.

W końcu Paweł ciężko westchnął.