— Marek, lepiej usiądź. To, co ci powiem, nie będzie przyjemne. Mniej więcej pół roku temu odkryto wyciek informacji z zamkniętej części miejskiego archiwum. Chodzi o stare dokumenty gruntowe, plany zabudowy, przebieg instalacji i akta dotyczące działek. Śledczy podejrzewają, że dane są wykorzystywane w dużym procederze związanym z nielegalnym obrotem ziemią. Za wszystkim stoi grupa pośredników mających powiązania ze światem przestępczym.
Marek nie odpowiedział.
Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu.
— Próbowaliśmy ustalić, kto miał dostęp do potrzebnych materiałów — ciągnął Paweł. — Takich osób jest tylko pięć. Joanna znajduje się na tej liście.
Markowi zrobiło się słabo.
— Ona nie mogła robić tego dobrowolnie — powiedział prawie szeptem. — Joanna nie jest przestępczynią. Pracuje w bibliotece.
— W bibliotece, która przechowuje dokumentację sięgającą kilkudziesięciu lat — przypomniał Paweł ponuro. — Ale nie twierdzę, że pomaga im z własnej woli. Mogą ją szantażować. Mogą grozić jej bliskim. Powiedziałeś, że jutro ma przekazać pendrive przy fontannie?
— Tak. W południe.
— W takim razie słuchaj mnie bardzo uważnie i pod żadnym pozorem nie próbuj działać sam — powiedział Paweł ostrzej. — To sprawa dla grupy operacyjnej. Jeżeli ci ludzie rzeczywiście mają kryminalne powiązania, sytuacja może zrobić się bardzo niebezpieczna. Wyślij mi adres budynku, w którym się spotkali. Założymy obserwację. Ty natomiast wróć do domu i zachowuj się tak, jakbyś niczego nie widział.
— Mam po prostu udawać?
— Dokładnie. Jeżeli Joanna zorientuje się, że coś podejrzewasz, mogą zauważyć to również ludzie, którzy ją kontrolują. Wtedy znajdzie się w jeszcze większym niebezpieczeństwie.
Marek przełknął ślinę.
Wrócić do domu, spojrzeć żonie prosto w oczy i udawać kompletną niewiedzę? Zachowywać się, jakby nie miał pojęcia, jaka groźba zawisła nad ich rodziną?
Wydawało mu się to niemal niewykonalne.
Jednocześnie rozumiał, że otwarta konfrontacja mogłaby Joannie tylko zaszkodzić.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Zrobię, jak mówisz. Ale jeżeli coś jej się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczę.
— Nic jej się nie stanie, jeśli będziesz wykonywał polecenia — zapewnił Paweł. — Włączę ludzi z operacyjnego. Jutro w parku przygotujemy zasadzkę i zatrzymamy uczestników spotkania. Ty zostajesz w domu. Nie dzwoń do Joanny, nie wypytuj jej i nie dawaj najmniejszego sygnału, że coś wiesz. Niech nadal uważa, że wyjechałeś służbowo. Rozumiesz?
— Rozumiem.
Marek zakończył połączenie.
Stał samotnie pośród opuszczonych magazynów, czując na twarzy zimny wiatr. W środku gotował się z gniewu, strachu i bezsilności, ale zmusił się do opanowania.
Ruszył w stronę głównej ulicy, by zamówić kolejną taksówkę. Po drodze wszedł do małego sklepu, kupił wodę i przez kilka minut usiłował zachowywać się jak człowiek, któremu właśnie nie zawalił się cały znany dotąd świat.
Wieczorem Joanna wróciła do domu wyraźnie zmęczona.
Pocałowała Marka w policzek i zapytała, jak minął mu dzień.
— W porządku — odpowiedział, pilnując, by jego głos brzmiał zwyczajnie. — Koledzy zadzwonili. Spotkanie przesunęli na pojutrze, więc zostaję jeszcze dwa dni.
Joanna lekko drgnęła.
Trwało to może sekundę, ale Marek od chwili wydarzeń na lotnisku dostrzegał w niej każdą, nawet najmniejszą zmianę.
Po chwili się uśmiechnęła.
— To świetnie. Cieszę się, że jednak nie poleciałeś.
Tej nocy Marek prawie nie spał.
Usłyszał, jak Joanna zamyka się w łazience i z kimś cicho rozmawia przez telefon. Nie potrafił rozróżnić słów, ale jej ton był napięty i przestraszony.
Leżał w łóżku, zaciskając pięści pod kołdrą, i z trudem zmuszał się do bezruchu.
Rano Joanna oznajmiła, że musi pojechać do pracy wcześniej niż zwykle.
Marek tylko skinął głową, życzył jej dobrego dnia i zaczekał, aż drzwi się zamkną.
Gdy tylko usłyszał szczęk zamka, natychmiast zadzwonił do Pawła.
— Wyszła. Myślę, że pojedzie do parku.
— Już jesteśmy na miejscach — odpowiedział przyjaciel. — Ty zostajesz w domu i czekasz na mój telefon. Nawet nie próbuj tutaj przyjeżdżać.
Marek nie zdołał spełnić tej prośby.
Szybko się ubrał, wyszedł i zatrzymał taksówkę. Kazał kierowcy zatrzymać się dwie przecznice przed parkiem, żeby Joanna przypadkiem go nie zauważyła.
Z daleka zobaczył żonę.
Podeszła do starej fontanny i usiadła na ławce.
Po mniej więcej pięciu minutach pojawił się ten sam mężczyzna w ciemnym płaszczu, którego Marek widział poprzedniego dnia.
Wymienili kilka krótkich zdań.
Następnie Joanna wyjęła niewielkie pudełko i podała je nieznajomemu. Marek domyślił się, że w środku znajduje się obiecany pendrive.
Wtedy wszystko wydarzyło się błyskawicznie.
Z zaparkowanych samochodów i zza pobliskich krzewów wybiegli ludzie ubrani po cywilnemu. Rozległy się stanowcze komendy, a chwilę później charakterystyczny metaliczny szczęk kajdanek.
Mężczyzna w płaszczu spróbował uciekać, lecz po kilku krokach został obezwładniony i przewrócony na ziemię.
Joanna została na miejscu.
Uniesione ręce drżały jej lekko.
Marek nie wytrzymał.