„Stara szkapa” niepotrzebna? Mąż odszedł do dwudziestolatki, a pół roku później… ujrzał jej Mercedes, z którego oblewała go błotem!

Halina wynajęła niewielki lokal w dawnej stołówce blisko domu. Zatrudniła dwie pomocnice — pojętne studentki technologii żywności. Ganiała je bez litości, każąc przerabiać krem, jeśli tekstura była choć o pół tonu gęstsza od standardu.

— Nie pieczemy bułek w przejściu podziemnym — mówiła Halina, poprawiając nową, stylową oprawkę okularów. — Sprzedajemy ludziom endorfiny. Szczęście musi być najwyższej jakości.

Pieniądze zaczęły wpływać na konto. Prawdziwe, żywe pieniądze, zarobione własną pracą. Nie te ochłapy, które Oleg wydzielał jej „na gospodarstwo”, żądając raportu z każdego grosza.

Halina radykalnie zmieniła garderobę. Żadnych bezkształtnych ciuchów. Eleganckie garnitury, wygodne mokasyny, drogie kaszmirowe płaszcze. Zrobiła fryzurę — drapieżnego, asymetrycznego boba. I kupiła czerwoną szminkę. Ten sam odcień, który Oleg nazywał „wulgarnym”. Jej pasował obłędnie, czyniąc twarz wyrazistą i młodą.

A tymczasem docierały do niej słuchy przez wspólnych znajomych. Miasto było małe jak wspólne mieszkanie. Biznes Olega, ten jego zachwalany eko-projekt, utknął na wszystkich frontach. Krystyna okazała się świetną inspiratorką w kwestii wydatków, ale absolutnie beznadziejną partnerką. Zamówiła projekt logo za fortunę, wynajęła luksusowe biuro w centrum, które stało puste, i urządziła sesję zdjęciową w kurorcie na koszt firmy. Księgowości nie miał kto prowadzić, a na outsourcing Oleg żałował grosza. Urząd skarbowy zablokował konta po czterech miesiącach za brak wpłat i błędy w raportach.

Oleg denerwował się i szukał wyjścia. Próbował dzwonić do Haliny parę razy, gdy grunt zaczął mu się palić pod nogami.

— Hala, tu przyszło wezwanie, zerkniesz po starej znajomości? Przecież jesteś fachowcem, dla ciebie to chwila.

— Konsultacja jest płatna, Olegu. Pięć tysięcy za godzinę. Zapisy przez asystentkę — odpowiadała sucho i odkładała słuchawkę, nie czekając na jego oburzony wrzask.

Listopad w tym roku był wyjątkowo paskudny i wilgotny. Niebo wisiało nisko, przypominając mokrą szmatę. Deszcz lał bez przerwy, zmieniając drogi w brudną papkę z odczynników i liści. Minął rok od dnia, w którym trzasnęły drzwi.

Halina wracała ze spotkania z dostawcami luksusowych opakowań. Siedziała za kierownicą swojego nowego narzędzia pracy — śnieżnobiałego Mercedesa GLE. Wzięła go w leasing nie dla szpanu. Potrzebowała niezawodnego, mocnego auta z miękkim zawieszeniem, by dowozić wielopiętrowe torty weselne do podmiejskich hoteli, nie bojąc się wybojów. W środku pachniało drogą skórą i delikatnie wanilią, bo w bagażniku stały pudełka z próbkami nowej kolekcji. Klimatyzacja trzymała idealne dwadzieścia dwa stopnie. Z głośników płynął kojący jazz.

Skręciła w aleję prowadzącą do starej strefy przemysłowej, gdzie znajdował się warsztat „U Piotrowicza”. Najtańszy i najbardziej podejrzany w mieście. Musiała tamtędy przejechać, by skrócić drogę do swojej pracowni. Na przystanku komunikacji miejskiej, dokładnie naprzeciwko warsztatu, stało dwoje ludzi.

Halina nie od razu ich poznała, musiała się przyjrzeć przez pracujące wycieraczki. Oleg był zgarbiony, wtulił głowę w ramiona, próbując schować się przed wiatrem. Jego niegdyś modna kurtka przemokła na wylot i pociemniała od wilgoci. Obok tuliła się Krystyna. Miała na sobie krótkie futerko ze sztucznego włosia, które pod deszczem zmieniło się w mokrego, oskubanego kota. Przestępowała z nogi na nogę w zamszowych botkach, które ewidentnie nie były przeznaczone na jesienne błoto. Ich stara terenówka wisiała na podnośniku w otwartym boksie warsztatu — Halina zauważyła ją kątem oka. Widocznie „status” ostatecznie się zepsuł i wymagał sporych nakładów.

Halina zwolniła przed ogromną kałużą, czarnym jeziorem rozlanym wzdłuż krawężnika. Mogłaby przejechać ostrożnie, samym brzegiem, nie wzbijając ani kropli. Zobaczyła twarz Olega. Odprowadzał wzrokiem przejeżdżające, ciepłe auta z taką tęsknotą, z taką żrącą zazdrością, że zrobiło jej się śmiesznie. Patrzył na cudzy komfort jak głodny pies na witrynę masarni.

Zauważył białego Mercedesa. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Trącił Krystynę łokciem w bok:

— Patrz, jaka fura… Ludzie to mają życie, nie to co my…

Halina nacisnęła przycisk szyb. Przyciemniana szyba płynnie zjechała w dół. Do przytulnego wnętrza wdarło się chłodne, wilgotne powietrze i zapach spalin.

— Cześć, piesi! — krzyknęła. Jej głos brzmiał dźwięcznie, wesoło i pewnie.

Oleg zmrużył oczy, wpatrując się w kobietę w stylowych okularach za kierownicą.

— Hala?! — jego szczęka dosłownie opadła. — Ty… Skąd?! Czyje to auto?! Kogo okradłaś?

Krystyna przestała się trząść i wbiła w nią wzrok pełen złości i łez. Tusz spłynął jej czarnymi rzekami, zamieniając „modelkę fitness” w smutną pandę.

— Zarobiłam, kochany! — odkrzyknęła Halina, uśmiechając się od ucha do ucha. — Na tych „nudnych barszczach”! A właściwie na biszkoptach! No i jak tam twój rozwój? Idzie pełną parą? Czy stanął do remontu?

— Hala, ty co, całkiem… — zaczął Oleg, robiąc niepewny krok w stronę jezdni, jakby chciał rzucić się do samochodu.