Wyszli, trzaskając drzwiami tak mocno, że zadrżały szyby. Swietłana Siergiejewna została sama. W głowie jej szumiało, serce waliło ciężko i nierówno. Zmierzyła sobie ciśnienie – sto pięćdziesiąt pięć na dziewięćdziesiąt pięć – połknęła tabletkę i opadła do fotela.
Czy postąpiła właściwie? Serce krzyczało: „Ustąp!”, ale rozum przypominał coś innego: jeśli raz się złamie, za miesiąc stanie się wyczerpaną kobietą bez sił, a Ksenia zacznie nią rządzić przy każdej drobnostce, bo taka już była. Z tych ludzi, którym podasz palec, a odgryzą rękę aż po łokieć.
Minął ciężki, głuchy tydzień. Syn się nie odzywał. Swietłana Siergiejewna niczego nie narzucała, choć na sercu miała kamień. Chodziła na zajęcia, pływała na basenie, spotykała się w parku z przyjaciółką, Wierą Pietrowną.
– Swieta, ty jesteś naprawdę ze stali – kiwała głową przyjaciółka. – Mnie córka namówiła do pilnowania wnuka, plecy mnie bolą, o swoich sprawach już zapomniałam, a ona i tak ciągle marudzi: że źle nakarmiłam dziecko, że źle położyłam spać. Milczę i znoszę to wszystko, a ty dobrze zrobiłaś, że się nie dałaś.
– Dlatego właśnie jestem szczęśliwsza – przytaknęła Swietłana Siergiejewna. – Kochać wnuki to radość. Być ich darmową służącą to niewola. Jest różnica, prawda?
– Może dzieci się jeszcze opamiętają – westchnęła Wiera.
Ale nic się nie zmieniało. Ksenia zaczęła wrzucać do mediów społecznościowych wpisy o tym, jak ciężko jest matce bez wsparcia i jak boli obojętność najbliższych. Jej koleżanki wtórowały jej gorliwie, potępiając bezdusznych krewnych. Swietłana Siergiejewna, czytając te aluzje, tylko mocniej zacisnęła usta. Nie odpowiedziała ani słowem.
Któregoś dnia, gdy szykowała się na wykład o sztuce, zadzwonił dzwonek do drzwi. Na progu stał Dima – zmięty, zmęczony, jakby od dawna nie spał.
– Cześć, mamo. Mogę wejść?
– Oczywiście. Zjesz coś? Od rana ugotowałam barszcz.
Jadł łapczywie, w milczeniu. Swietłana Siergiejewna patrzyła na tego dorosłego, przybitego mężczyznę, a widziała swojego małego chłopca sprzed lat.
– Jak sobie radzicie? – zapytała ostrożnie.
– Ciężko, mamo. Ksenia znalazła nianię, studentkę z Zaporoża. Bierze mało, ale doświadczenia ma jeszcze mniej. Wczoraj nie dopilnowała Igora i pomalował flamastrem całą kuchnię. Ksenia od tamtej pory tylko krzyczy. Dziś niania się spóźniła, Ksenia poszła do pracy, szef zrobił jej awanturę. W domu atmosfera taka, że siekierę można zawiesić.
– Przecież właśnie tego chcieliście. Kariery i samochodu.
– Tak… – Dima odłożył łyżkę. – Ale może naprawdę mogłabyś chociaż na pół dnia? Ksenia mówi, że gdybyś się zgodziła, to przeprosiłaby cię za tamto.
Swietłana Siergiejewna uśmiechnęła się lekko.
– A ty co o tym myślisz, synku? Czy ja nie zasłużyłam na to, żeby żyć po swojemu? Pierwszy raz w życiu czuję, że mogę się wysypiać, rysować, czytać. Zobacz, to moje szkice rabat.
Dima przerzucał kartki z wyraźnym zdumieniem.
– Jakie to piękne… Nie wiedziałem, że ty tak potrafisz.
– Sama tego nie wiedziałam. Cały czas zabierała mi praca i troski. Nie jestem wrogiem swoich dzieci i wnuków, ale nie zamienię reszty życia na wasze ambicje. Zatrudnijcie nianię, sprzedajcie drugi samochód – po co wam dwa, w takich korkach? Dlaczego to ja mam płacić swoim czasem za waszą chęć posiadania wszystkiego naraz?
Dima pokręcił głową, oddając jej szkice.
– Masz rację, mamo. Chyba tak. Po prostu Ksenia uważa, że wszystkie babcie powinny zajmować się wnukami. U jej koleżanek matki siedzą z dziećmi tygodniami.
– A ja nie jestem mamą jej koleżanek. Ja jestem sobą. Nie potrzebuję przeprosin. Potrzebuję szacunku dla swojego wyboru.
Dima odszedł, choć jej nie przekonał. Do zgody nadal było daleko.
Minął prawie miesiąc. Swietłana Siergiejewna szykowała się na weekendowy wyjazd do sanatorium w Koncza-Zaspie – prezent dla samej siebie na urodziny, o których młodzi, nawiasem mówiąc, zdążyli już zapomnieć, wysyłając jedynie dwa zdawkowe zdania w komunikatorze. Walizka była gotowa, taksówka zamówiona.
Nagle zadzwonił telefon.
– Swietłano Siergiejewno? – Ksenia była wyraźnie na granicy histerii. – Jest pani w domu?
– Jestem, ale zaraz wyjeżdżam. Co się stało?
– Niania po prostu odeszła! Przysłała SMS-a i wyłączyła telefon. Dziś mam bardzo ważne spotkanie, od którego zależy awans. Dima jest w delegacji, moja mama leży w szpitalu. Nie mam z kim zostawić dzieci. Proszę, niech pani pomoże! Tylko dziś, błagam!
Swietłana Siergiejewna spojrzała na walizkę i bilet. Pomyślała o tym, że przepadnie jej część pieniędzy za pobyt. Ale od razu zrozumiała też coś innego: tym razem to nie był kaprys, tylko prawdziwa awaria.
– Dobrze. Przywoź ich.
– Dziękuję! Dziękuję pani! Będziemy za dwadzieścia minut!
Rozpakowała rzeczy. Plany legły w gruzach, nastrój zgasł, ale wiedziała jedno: gdyby wtedy odmówiła, nie wybaczyłaby sobie tego.
Cały dzień minął jej w biegu. Olechka i Igor najpierw marudzili, potem się kłócili, później zasnęli ze zmęczenia – na szczęście spokojnie. Kiedy wieczorem Ksenia wróciła, zobaczyła teściową siedzącą z dziećmi na dywanie i odetchnęła z ogromną ulgą.