Urodziła dziecko pośrodku jesiennego pola w ulewnym deszczu i zmarła, do ostatniego tchu tuląc maleństwo do piersi, a dopiero dobę później znaleźli ich przypadkowi grzybiarze

Helena Maj ostrożnie rozchyliła przemoczoną, ciężką od deszczu watowaną kurtkę, gdy tylko przyniesiono zawiniątko do niewielkiego wiejskiego punktu felczerskiego.

Niemowlę niemal się nie poruszało. Skóra miała sinawy odcień, wargi były prawie białe, a oddech tak płytki i rzadki, że co chwilę wydawało się, iż właśnie ustał. Pępowinę ktoś przewiązał wąskim paskiem materiału oderwanym od chustki Anny.

— Przynieście termofory! — rzuciła stanowczo Helena. — Tylko ostrożnie, żadnego parzenia. Ciepła woda, szybko!

Jadwiga natychmiast podbiegła do pieca. Stanisław Borkowski stał przy drzwiach kompletnie przemoczony. Siwe włosy przykleiły mu się do czoła, a dłonie drżały tak mocno, że nawet nie próbował tego ukrywać.

— On żyje? — zapytał ledwie słyszalnie.

— Jeszcze oddycha.

Helena przycisnęła dziecko do własnej piersi, wsunęła je pod ciepły sweter i zaczęła delikatnie rozcierać maleńkie plecy.

— Wezwaliście karetkę z powiatowego szpitala?

— Tak — odpowiedział sołtys. — Ale po tej ulewie droga zmieniła się w bagno. Powiedzieli, że przed godziną raczej nie dotrą.

— Za godzinę lekarze mogą już nie mieć kogo ratować.

Jadwiga odwróciła się do ściany i pospiesznie zrobiła znak krzyża.

Kobiety z najbliższych domów zaczęły znosić koce, czyste pieluchy i kozie mleko. Jedna rozpaliła drugi piec, inna postawiła wodę. Małe pomieszczenie szybko zapełniło się ludźmi, ale nikt nie odważał się mówić głośno.

Wszyscy wsłuchiwali się w ledwie uchwytny oddech dziecka.

Po kilku minutach maleństwo nagle otworzyło usta i wydało cichy, zachrypnięty pisk, bardziej podobny do jęku niż do płaczu.

Jadwiga zasłoniła usta dłonią i rozpłakała się.

— Słyszeliście? Zapłakał!

— Ciszej! — skarciła ją Helena, choć sama natychmiast otarła rękawem łzę. — Niech nie marnuje sił.

Karetka z powiatu dotarła dopiero po półtorej godzinie. Dziecko natychmiast zabrano do szpitala. Helena pojechała razem z nim.

Ciało Anny przeniesiono do pustej sali w wiejskim domu kultury. Kobiety umyły ją, ubrały w czystą sukienkę i delikatnie przymknęły jej oczy.

Na piersi młodej kobiety pozostał ślad maleńkiej dłoni — niewielka ciemniejsza plamka na wilgotnym materiale.

Etap drugi. Wiadomość na północ

Dodzwonienie się do Marka graniczyło z cudem.

Na odległej budowie na północy kraju jedyny telefon znajdował się w biurze kierownika. Łączność radiowa nieustannie zanikała, a zwykłe połączenia raz się pojawiały, raz urywały. Sołtys wysłał pilny telegram, lecz dobrze wiedział, że zanim wiadomość trafi do adresata, mogą minąć nawet trzy dni.

Stanisław postanowił więc pojechać osobiście do miasta powiatowego.

Kilka godzin przesiedział przy punkcie telefonicznym, podczas gdy dyspozytorka próbowała połączyć go z odległym robotniczym osiedlem. W słuchawce trzaskało, głos rozpadał się na fragmenty, a pojedyncze słowa ginęły w szumie.

— Pan Marek? — niemal krzyczał Stanisław. — Dzwonię z domu! Słyszy mnie pan?

— Słyszę… Kto mówi?

— Stanisław Borkowski. Z Brzezin.

— Co się stało z Anną?

Stanisław zamknął oczy.

Natychmiast zobaczył przed sobą zalane deszczem pole, ciemny, przemoczony stóg oraz młodą kobietę, która oddała nowo narodzonemu dziecku własny płaszcz.

— Marek, musisz się trzymać. Anna urodziła.

Przez długą chwilę w słuchawce rozlegały się wyłącznie trzaski.

— Urodziła? Przecież było jeszcze za wcześnie… Chłopiec czy dziewczynka?

— Chłopiec.

— Żyje?

— Jest w szpitalu powiatowym. Lekarze robią wszystko, co mogą.

— A Anna?

Stanisław nie potrafił od razu wypowiedzieć tych kilku słów.

— Marek… Anny już nie ma.

W tej samej chwili połączenie zostało przerwane.

Kiedy wreszcie udało się połączyć ponownie, kierownik budowy powiedział, że Marek stracił przytomność przy telefonie. Koledzy zanieśli go do zakładowego ambulatorium.

Już następnego dnia ruszył w drogę do domu. Najpierw jechał samochodem służbowym, potem zabrał się ciężarówką jadącą w jego stronę, a ostatnią część trasy pokonał pociągiem. Podróż trwała niemal trzy doby.

Zdążył na pogrzeb.

Kiedy wysiadł z samochodu, był nieogolony, wyczerpany i wyraźnie starszy niż kilka tygodni wcześniej. W ręce trzymał brudną podróżną torbę. Gdy zobaczył zamkniętą trumnę, zatrzymał się, jakby nagle zabrakło mu siły, by zrobić choć jeden krok.

— Przecież jej obiecałem — wyszeptał. — Powiedziałem, że wrócę.

Wokół stali ludzie, lecz nikt nie wiedział, kto powinien podejść pierwszy.

W końcu z tłumu wyszła Jadwiga i mocno go objęła.

— Czekała na ciebie, Marku. Do końca była pewna, że przyjedziesz.

— Dlaczego poszła sama?

— Chciała dotrzeć do felczerki.

— Czemu nie poprosiła któregoś z sąsiadów?

— Kogo miała prosić? W leśnej osadzie zostały wtedy zamieszkane tylko cztery domy. Najbliżsi sąsiedzi rano pojechali do miasta.

Marek powoli uklęknął przy trumnie.

— Aniu… wybacz mi.

Etap trzeci. Pogrzeb bez dziecka

Chłopca nie przywieziono na pogrzeb matki.

Nadal przebywał na oddziale noworodkowym w szpitalu powiatowym. Lekarze nie składali żadnych obietnic. Dziecko było skrajnie wychłodzone, odwodnione i miało bardzo słabe płuca.