— Nie. Ty się nie wyrabiasz. Ty tylko się trzymasz. To nie to samo.
Agnieszka spróbowała się uśmiechnąć.
— Pani Halino, mam dwoje dzieci i milion myśli o kredycie. Dokąd miałabym pójść?
— Pójdziesz.
Te słowa wypowiedziała zupełnie spokojnie.
— Przyjdzie dzień, kiedy pójdziesz. I zapamiętaj: jeśli ten dzień nadejdzie, będę po twojej stronie. Nawet jeśli on jest moim synem.
Umilkła na chwilę.
— Zwłaszcza dlatego, że jest moim synem.
Agnieszka nic nie odpowiedziała.
Tylko skinęła głową i weszła do windy.
Wszystko pękło w czwartek o siódmej dwadzieścia rano.
Zosia nie chciała włożyć kozaków.
Kuba zgubił buty na zmianę.
Agnieszka o wpół do dziewiątej musiała bronić swoich wyliczeń przed komisją.
Stała w przedpokoju, z jednym ramieniem wsuniętym w płaszcz, a telefon trzymała między uchem i barkiem.
— Marku! — zawołała. — Proszę, sam wyprasuj sobie spodnie. Dzisiaj naprawdę nie mam na nic czasu.
Mąż wyszedł z sypialni w koszulce i bokserkach, trzymając grzebień.
Najpierw zatrzymał się w drzwiach kuchni.
Potem powoli przeszedł do korytarza i stanął przed wyjściem.
— Powtórz.
— Wyprasuj sobie spodnie. Żelazko jest na półce, deska za drzwiami.
— Czyli teraz w ogóle nie zamierzasz zajmować się rodziną?
— Powiedziałam tylko o spodniach.
— Nie, Agnieszko. Powiedzmy to wprost.
Podnosił głos z każdym słowem.
— Jak to nie będziesz służyć rodzinie? Po co jesteś wtedy w tym domu?
Agnieszka powoli opuściła rękę z telefonem.
Zosia zamarła w jednym kozaku.
Kuba wychylił się z pokoju, lecz natychmiast się schował.
— Powtórz — powiedziała Agnieszka.
— Co?
— Powiedz jeszcze raz. Głośniej. Żeby dzieci na pewno usłyszały.
— Niech słuchają!
Marek wyprostował ramiona.
— Niech wiedzą, że ich matka porzuca dom dla jakiegoś biura, gdzie płacą jej grosze za liczenie zatopionych statków!
— Sam nie wiesz, co mówisz.
— Doskonale wiem. I powiem ci teraz jedną rzecz. Zapamiętaj ją.
Wskazał drzwi.
— Jeśli przekroczysz ten próg i pojedziesz do swojej pracy, wieczorem możesz już tu nie wracać.
Agnieszka milczała.
— W ogóle.
Zrobił pauzę.
— Nigdy.
Marek był pewien, że zaraz zacznie płakać.
Widział to wiele razy podczas negocjacji. Człowiek najpierw protestował, podnosił głos, stawiał opór. Potem nacisk stawał się wystarczający i przeciwnik się poddawał.
Agnieszka zapięła drugi guzik płaszcza.
— Kuba, załóż czapkę. Zosiu, drugi kozak. Szybko.
Marek zrobił krok w jej stronę.
— Słyszałaś, co powiedziałem?
— Słyszałam doskonale. Odsuń się, stoisz na rękawiczce Zosi.
— Czekam na odpowiedź!
Podniosła na niego oczy.
— Odpowiedź brzmi: potrzebuję męża, nie pana z dzwonkiem. Partnera, nie nadzorcy.
Marek zamilkł.
— Wybrałeś rolę nadzorcy. Ja wybieram odejście.
— Nigdzie nie pójdziesz. Nie masz dokąd.
— Odsuń się. Muszę zdążyć na obronę.
Odsunął się.
Do ostatniej chwili wierzył, że przy windzie zawróci.
Nie zawróciła.
O dwunastej czterdzieści Agnieszka obroniła swoje wyliczenia dotyczące transportu morskiego.
O trzynastej piętnaście wysłała matce krótką wiadomość:
„Mamo, dziś przyjedziemy do was”.
O szesnastej odebrała dzieci.
O wpół do szóstej zamówiła samochód.
O dziewiętnastej dwadzieścia wyniosła ostatnie pudełko.
Marek wrócił około dziewiątej.
Światła w korytarzu nie zapalił od razu.
Nie wierzył własnym oczom.
Hulajnogi nie było.
Kurtki Kuby również.
Zniknęły kozaki Zosi.
Dziecięce czapki.
Spinki.
Pufa.
W pokoju dzieci zostały dwa puste łóżka.
Ze ściany zdjęto plakat z planetami. W jego miejscu pozostał jasny prostokąt.
Marek usiadł na podłodze w korytarzu.
Wyciągnął telefon i zadzwonił.
— Słucham — odezwała się Agnieszka.
— Chcesz mnie przestraszyć?
— Nie.
— Gdzie są dzieci?
— U moich rodziców. Już śpią. Kuba zjadł kolację. Zosia kąpała się w misce, bo rodzice remontują łazienkę. Nawet jej się podobało.
— Natychmiast przywieź je do domu.
— Nie.
Marek przeszedł na chłodny, formalny ton, którym rozmawiał z dłużnikami.
— Agnieszka, daję ci czas do jutra wieczorem. Wracasz. Zapominamy o tym nieporozumieniu. Będziesz musiała przeprosić, ale ja również mogę to zrobić.
— Postawiłeś mi ultimatum.
— Byłem zdenerwowany.
— A ja je przyjęłam. Nie ma potrzeby teraz wszystkiego odkręcać.
— Nie dasz sobie rady. Za miesiąc się załamiesz.
— Jestem aktuariuszką, Marku. Codziennie obliczam, kto i kiedy może upaść.
Zamilkła na chwilę.
— Swoje szanse też obliczyłam.
Pozew rozwodowy Marek otrzymał jedenaście dni później.
Od tamtej chwili człowiek, który jeszcze niedawno zapewniał, że „utrzymuje rodzinę”, zaczął liczyć łyżki.
Kłócił się o każdą rzecz.
O sześcioletni telewizor.
O pralkę.
O zmywarkę, której ani razu w życiu sam nie załadował.
O dziecięcą komodę.
Bo przecież:
— To ja ją kupiłem.
Na czwartym posiedzeniu nawet jego własny adwokat stracił cierpliwość.
— Panie Marku, ta komoda kosztowała niecałe tysiąc złotych. Czwarty raz spieramy się o nią w sądzie. Moje honorarium za ten czas wynosi już kilka tysięcy.
— Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o zasadę.
— Jaką zasadę? Żeby zabrać komodę własnym dzieciom?
Marek zacisnął usta.
— O zasadę, że ona ma zrozumieć: nic nie jest za darmo.
