„To ma być uroczystość? Za taki stół powinniście się wstydzić!” — powiedziała teściowa, lecz chwilę później gospodyni zabrała całe jedzenie i wyrzuciła ich z domu

Kiedy Michał i Karolina potrzebowali pieniędzy na wkład własny do samochodu, Teresa najgłośniej przekonywała, że rodzice powinni pomagać dzieciom stanąć na nogi. Sama jednak nie dała ani złotówki. Jadwiga natomiast wypłaciła niemal całe oszczędności i przekazała je synowi.

Kiedy trzeba było na trzy tygodnie zabrać wnuka na działkę, bo druga babcia z dziadkiem wyjechali nad morze, również Jadwiga nie odmówiła. Pilnowała dziecka, zajmowała się grządkami, codziennie gotowała domowe obiady i przygotowywała świeże kompoty.

Wdzięczności jednak prawie nigdy nie usłyszała.

Po powrocie z działki Teresa stwierdziła, że chłopiec jest jakiś zbyt blady. Jej zdaniem konfitura truskawkowa Jadwigi wyszła za rzadka. Innym razem oznajmiła, że w mieszkaniu nieustannie czuć zapach starych książek.

Mimo to Jadwiga po raz kolejny spróbowała skierować rozmowę na spokojniejsze tory.

— Nałożę ci ryby, Tereso — zaproponowała, sięgając po szeroką łopatkę do serwowania. — To świeży mintaj. Dusiłam go długo z marchewką i cebulą. Jest bardzo delikatny.

Teresa aż rozłożyła ręce.

— Mintaj?

Roześmiała się głośno, jakby usłyszała wyjątkowo zabawny dowcip, i zwróciła się do córki.

— Karolinko, słyszysz? Na rocznicę podano nam mintaja! Boże, takim jedzeniem można karmić bezdomne koty pod blokiem. Tyle się tego w życiu najedliśmy, że do dziś nie mogę na tę rybę patrzeć. Wyobrażasz sobie, żeby zaprosić ludzi na uroczystość i postawić przed nimi mrożonego mintaja?

Andrzej, który do tej pory milczał, ostrożnie sięgnął po pieroga.

— Zwyczajna ryba, Tereso. Nie przesadzaj.

Kobieta natychmiast odwróciła się do męża.

— Ty lepiej nic nie mów. Wielki znawca się znalazł. Tobie wystarczy, żeby brzuch był pełny, nieważne czym go napchasz.

Po chwili znowu spojrzała na Jadwigę.

— Tylko się nie obrażaj, Jadziu. Ja jestem bezpośrednia. Nie umiem kłamać ani nikomu słodzić. Ale ten stół z uroczystym przyjęciem nie ma nic wspólnego. To zwykłe kpiny z gości.

W pokoju zapadła ciężka, niezręczna cisza.

Za oknem zaszumiało przejeżdżające auto. Stary zegar z kukułką odmierzał sekundy równym, monotonnym tykaniem.

Michał wreszcie oderwał wzrok od telefonu i niespokojnie poruszył się na kanapie. Nie przyszło mu jednak do głowy, żeby stanąć w obronie matki.

Zamiast tego powiedział z irytacją:

— Mamo, szczerze mówiąc, mogłaś po prostu zamówić gotowe jedzenie. Wszędzie są zestawy na uroczystości. Po co spędziłaś dwa dni przy kuchence, skoro teraz jeszcze musisz tego słuchać? My chcieliśmy czegoś bardziej nowoczesnego.

Jadwiga powoli odwróciła głowę i spojrzała mu prosto w twarz.

— Za dostawę trzeba zapłacić, Michał — odparła spokojnie, niemal bez emocji. — A we wtorek sam siedziałeś w tej kuchni i mówiłeś, że po zapłaceniu raty nie masz prawie nawet na paliwo. Wszystko, co widzicie na stole, kupiłam za swoją pensję z laboratorium i emeryturę. Co do ostatniego grosza.

Teresa ciężko westchnęła, przewróciła oczami i ostentacyjnie odłożyła widelec.

— No i zaczyna się. Teraz do końca wieczoru będziemy słuchać, ile kosztował każdy ogórek i ile groszy wydała na sałatkę. Przyszliśmy do bliskiej osoby, a tutaj urządza nam się rachunek za jedzenie. Gdybym wiedziała, że będzie taki biedny stół, od razu pojechalibyśmy z Andrzejem do restauracji. Przynajmniej porządnie byśmy zjedli. A teraz trzeba się tym wszystkim dusić z grzeczności!

Jadwiga położyła dłonie na kolanach.

I nagle coś w niej ucichło.

Zniknęło napięcie w głowie. Rozpłynęło się to znajome, bolesne poczucie krzywdy, które jeszcze chwilę wcześniej ściskało ją za gardło i sprawiało, że oczy zaczynały piec.

W jego miejsce pojawił się chłodny spokój. A wraz z nim — zaskakujące poczucie wolności.

Jadwiga wstała.

Bez pośpiechu, nie wykonując żadnego gwałtownego ruchu, przeszła do kuchni, założyła grube rękawice z nadrukiem słoneczników i otworzyła piekarnik.

Uderzyła w nią fala gorącej pary.

Po całym mieszkaniu rozszedł się intensywny aromat czosnku, pieczonych jabłek, liści laurowych, ziół i mięsa.

W głębi piekarnika stała duża, ciężka żeliwna brytfanna.

Jadwiga upiekła w niej w całości prawie trzykilogramowy kawałek karkówki. Mięso pokrywała lśniąca glazura z miodu i musztardy, a po bokach rumieniły się młode ziemniaki oraz leśne grzyby, które zebrała jeszcze jesienią.

Ostrożnie chwyciła rozgrzane naczynie, zaniosła je do salonu i ustawiła na grubej drewnianej podstawce, dokładnie na środku stołu.

Skórka na mięsie cicho zatrzeszczała.

Zapach był tak kuszący, że Teresa mimowolnie przełknęła ślinę i niemal od razu sięgnęła po widelec.

Andrzej również się ożywił. Z zainteresowaniem patrzył na brytfannę.

Nastrój Teresy zmienił się w okamgnieniu.

— No proszę, a ja już myślałam, że przygotowałaś wyłącznie rybne menu — powiedziała znacznie łagodniej, wybierając wzrokiem najbardziej rumiany kawałek. — Jednak potrafisz, kiedy chcesz. Pokrój szybko, póki wszystko jest gorące. I nałóż mi ziemniaków z brzegu.

Jadwiga nie sięgnęła jednak po nóż.

Przez kilka sekund patrzyła na siedzących przy stole gości, którzy już czekali na główne danie.