Kiedy mąż zaprosił na swoje pięćdziesiąte urodziny trzydzieści osób, jego żona oznajmiła tylko jedno: „Świetnie. W takim razie sami będziecie gotować, nakrywać do stołu i sprzątać”

Paweł naprawdę nie dostrzegał, ile wysiłku kryje się za prostym zdaniem: „Nakryliśmy do stołu”.

Dlatego tym razem Weronika nie zamierzała wracać do dawnych sytuacji.

Zadała tylko jedno pytanie:

— Dobrze. Kto przygotuje jedzenie dla trzydziestu osób?

Paweł nie zrozumiał.

— Co masz na myśli?

— Dokładnie to, o co pytam.

— Przecież jakoś to zrobimy. Część przygotujemy w domu.

— Kto przygotuje?

Popatrzył na nią tak, jakby odpowiedź była oczywista.

— Ty.

Weronika skinęła głową.

— A reszta?

— Dokończysz na miejscu. W domku jest przecież kuchnia.

Wtedy wszystko stało się jasne.

Gości zaprosił Paweł.

Ale obsłużyć ich miała Weronika.

— Dobrze — powiedziała spokojnie.

Paweł od razu się uśmiechnął.

— No widzisz? Doszliśmy do porozumienia.

— Tak. Trzydziestu gości na pięćdziesiąte urodziny? Świetnie. Tylko gotować, nakrywać do stołu i później sprzątać będziecie sami.

Uśmiech powoli zniknął z jego twarzy.

— Kto będzie sprzątał?

— Ty i osoby, które poprosisz o pomoc.

— Weronika, przestań.

— Mówię całkowicie poważnie.

— Chcesz, żebym na własnym jubileuszu stał przy kuchni?

— Możesz wynająć kucharza.

— Po co płacić kucharzowi, skoro ty świetnie gotujesz?

Weronika przez chwilę milczała.

To właśnie zabolało ją najbardziej.

Nie „zróbmy to razem”.

Nie „pomogę ci”.

Tylko: „Po co płacić, skoro jesteś ty”.

— Bo jestem twoją żoną, Pawle. Nie darmową obsługą dla trzydziestu dorosłych osób.

Skrzywił się z irytacją.

— Ojej, tylko nie zaczynaj.

— Właśnie nie zaczynam. Tym razem nie zrobię absolutnie nic.

— Przejdzie ci.

— Zobaczymy.

Paweł najwyraźniej był przekonany, że do soboty żona zmieni zdanie.

Przecież zawsze tak było.

Mówiła, że nie będzie gotować, a potem jednak gotowała.

Narzekała na zmęczenie, ale wstawała i nakrywała do stołu.

Prosiła o pomoc, lecz ostatecznie i tak robiła wszystko sama.

Następnego dnia zadzwonił nawet do matki.

Weronika przypadkiem usłyszała rozmowę z kuchni.

— Wszystko dobrze, mamo. Weronika zajmie się organizacją.

Odwróciła głowę.

Paweł uśmiechnął się i mrugnął do niej.

Weronika nic nie powiedziała.

Do urodzin pozostawało sześć dni.

Zwykle o tej porze na lodówce wisiała już długa lista zakupów.

Tym razem drzwi lodówki były zupełnie puste.

W poniedziałek po pracy Weronika poszła na spacer.

We wtorek spotkała się z przyjaciółką.

W środę wstąpiła do sklepu i wróciła do domu tylko z jedną małą torbą.

Paweł natychmiast zajrzał do środka.

— A produkty na sobotę?

— Jakie produkty?

— Na moje urodziny.

— Nie kupowałam.

— Ale byłaś w sklepie.

— Skończyło się mleko. I ser.

Paweł jeszcze przez chwilę stał przy torbie.

— To kiedy zrobimy większe zakupy?

Weronika wzruszyła ramionami.

— Ty zdecyduj.

— Myślałem o czwartku.

— W takim razie pojedź w czwartek.

Po raz pierwszy od wielu lat ich kuchnia na kilka dni przed dużym przyjęciem wyglądała zupełnie zwyczajnie.

Nie było wielkich garnków.

Nie było mięsa w marynacie.

Nie było pojemników ustawionych jeden na drugim.

Nie było zgrzewek wody, soków ani innych napojów.

Wieczorem Weronika leżała na kanapie i czytała książkę.

Paweł kilka razy przechodził obok.

W końcu się zatrzymał.

— Weroniko.

— Tak?

— A menu?

Podniosła wzrok.

— Co z nim?

— Co będziemy jeść?

— Ty będziesz decydował.

— Dobrze. Co mam przygotować?

— Wszystko, co chcesz zobaczyć na urodzinowym stole.

Usiadł obok niej.

— Ale ty się na tym znasz.

— Właśnie dlatego wiem, ile to pracy.

— To chociaż powiedz, ile czego kupić.

— Masz trzydzieści osób. Najpierw ułóż menu. Potem policz porcje i przygotuj listę zakupów.

— A jeśli zabraknie jedzenia?

— Wtedy dokupisz.

— Bardzo zabawne.

Weronika zamknęła książkę.

— Pawle, nie chcę cię karać. Chcę tylko, żebyś choć raz zobaczył tę część przyjęcia, której zwykle nie zauważasz.

Mąż nie odpowiedział.

Po kilku minutach wziął telefon i otworzył notatki.

Najpierw zapisał:

„Mięso. Sałatki. Wędliny”.

Potem przez chwilę się zastanawiał.

Dopisał warzywa.

Owoce.

Sery.

Pieczywo.

Sosy.

Wodę.

Soki.

Kawę.

Herbatę.

Deser.

Lód.

Po pół godzinie lista zajmowała już kilka ekranów.

— Oni naprawdę tyle zjedzą?

Weronika uśmiechnęła się lekko.

— Nie wiem.

— A ile ty zwykle kupowałaś?

— Nigdy sama nie przygotowywałam jedzenia dla trzydziestu osób.

Przez następną godzinę Paweł siedział z telefonem w ręku.

Zadzwonił do firmy cateringowej.

Usłyszał cenę.

Dopytał, czy na pewno dobrze zrozumiał.

Potem zadzwonił do drugiej firmy.

Później do trzeciej.

Po ostatniej rozmowie długo milczał.

— Może nie potrzebujemy aż tylu przekąsek?

— Możliwe.

— I dwa dania na ciepło też chyba nie są konieczne.

— Chyba nie.

Paweł spojrzał na żonę z pretensją.

— Mogłaś powiedzieć od razu.

Weronika roześmiała się krótko.

— Od początku proponowałam dwunastu gości.

Tego samego wieczoru Paweł zadzwonił do matki.

Rozmowa w mgnieniu oka stała się głośna.

— Jak to ograniczyć menu?! — oburzała się kobieta. — Ludzie przyjadą na pięćdziesiąte urodziny! Co im podasz?

— Mamo, jedzenia wystarczy.

— A co mówi Weronika?

Paweł spojrzał na żonę.

Weronika wyciągnęła rękę.

— Daj mi telefon.