Samolot pasażerski od prawie dwóch godzin przemierzał niebo nad Bałtykiem, gdy nagle ciszę panującą w kabinie przerwał głos kapitana dobiegający z głośników.
— Szanowni państwo, jeśli na pokładzie znajduje się osoba mająca doświadczenie w pilotowaniu wojskowych samolotów bojowych, prosimy o natychmiastowe zgłoszenie się do któregoś z członków załogi.
W jednej chwili niemal trzysta osób umilkło.
Dlaczego zwykły rejs pasażerski miałby nagle potrzebować pilota myśliwca?
Nikt nie znał odpowiedzi.
Nikt też nie przypuszczał, że spokojna kobieta drzemiąca na miejscu 8A może być jedyną osobą zdolną uratować ten samolot.
Nazywała się Marta Zielińska.
Miała trzydzieści osiem lat, ubrana była w prosty zielony sweter, a zmęczenie wyraźnie rysowało się na jej twarzy. Z pozoru nie wyróżniała się niczym spośród pozostałych pasażerów.
A jednak wcześniej należała do najbardziej doświadczonych i wielokrotnie odznaczanych pilotów F-16 w polskich Siłach Powietrznych.
Zaledwie osiemnaście miesięcy wcześniej podczas lotu zginął jej najlepszy przyjaciel i skrzydłowy, kapitan Piotr Kowalski.
Marta przeżyła, lecz od tamtej chwili nie potrafiła uwolnić się od poczucia winy.
Oficjalne dochodzenie wykazało, że przyczyną tragedii była awaria mechaniczna. Ona jednak wciąż powtarzała sobie, że mogła zareagować inaczej.
Odeszła ze służby, przestała siadać za sterami i próbowała całkowicie wymazać lotnictwo ze swojego życia.
Aż do tej nocy.
Kapitan ponownie odezwał się przez pokładowy system:
— Tu kapitan. Doszło do poważnej awarii technicznej. Jeżeli na pokładzie znajduje się ktoś, kto ma doświadczenie w pilotowaniu wojskowych samolotów bojowych, proszę natychmiast poinformować o tym członka personelu pokładowego.
Kilka minut później przy fotelu Marty zatrzymała się stewardesa.
— Proszę pani, naprawdę jest pani wojskowym pilotem?
Marta na moment znieruchomiała.
Potem spojrzała na twarze ludzi siedzących wokół. Wszyscy byli zdezorientowani, spięci i wyraźnie przerażeni.
— Byłam. Latałam na F-16.
— Proszę pójść ze mną.
Gdy Marta weszła do kokpitu, zobaczyła nieprzytomnego pierwszego oficera. Kapitan Andrzej Wrona ledwo panował nad sytuacją i z całych sił próbował utrzymać maszynę na właściwym kursie.
— Autopilot przestał działać — powiedział szybko Andrzej. — System sterowania lotem przekazuje sprzeczne informacje.
W tej samej chwili samolot gwałtownie przechylił się na bok.
Andrzej szarpnął wolantem, usiłując przeciwstawić się maszynie.
— Niech pan z nim nie walczy — odezwała się Marta. — Komputer podaje teraz fałszywe dane.
Poleciła wyłączyć zapasowy kanał sterowania.
Samolot zatrząsł się tak mocno, że cała tablica przyrządów zdawała się ożyć.
Po chwili wstrząsy nagle ustały.
Andrzej spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Skąd pani wiedziała, co zrobić?
— Spotkałam się już z taką usterką.
Wkrótce lekarz znajdujący się wśród pasażerów poinformował załogę, że stan pierwszego oficera najbardziej przypomina zatrucie.
Niedługo potem odkryto, że zniknął jego termos z kawą.
Instynkt Marty natychmiast podpowiedział jej, że nie był to zwykły zbieg okoliczności.
Ktoś celowo chciał unieszkodliwić drugiego pilota.
I być może ta sama osoba miała coś wspólnego z awariami, które pojawiły się na pokładzie.
Załoga nie zdążyła jednak dokładnie zbadać sprawy, ponieważ ciśnienie hydrauliczne w prawej goleni podwozia zaczęło gwałtownie spadać.
Samolot musiał awaryjnie lądować na północy Polski.
Andrzej wypuścił podwozie.
Na panelu zapaliły się dwie zielone kontrolki.
Trzecia pozostała ciemna.
— Prawa goleń nie zablokowała się we właściwej pozycji — powiedział.
Marta zapięła pasy na fotelu drugiego pilota.
— W takim razie musimy utrzymać samolot idealnie w osi pasa.
Schodzili przez gęstą, niemal nieprzejrzystą ścianę deszczu.
Koła dotknęły mokrej nawierzchni lotniska.
Maszyna natychmiast gwałtownie ściągnęła w prawo.
Marta i Andrzej z całej siły utrzymywali ją na pasie, nie pozwalając, by zjechała na bok.
Wtedy rozległ się głośny, metaliczny trzask.
Podwozie wreszcie zaskoczyło i zablokowało się na miejscu.
Kilka sekund później samolot całkowicie się zatrzymał.
W kabinie niemal trzystu pasażerów wybuchła fala oklasków.
Prawdziwe zagrożenie wcale się jednak nie skończyło.
Policja zatrzymała Roberta Sokołowskiego, dyrektora do spraw operacji lotniczych w przedsiębiorstwie, który podczas kryzysu kilkakrotnie próbował dostać się do kokpitu.
Dalsze śledztwo doprowadziło funkcjonariuszy do rozległego oszustwa. Wykryto fałszywe dokumenty potwierdzające przeglądy techniczne oraz nielegalnie zamontowane, podrobione części.
Według śledczych Sokołowski zamierzał doprowadzić do katastrofy, aby razem z wrakiem samolotu zniknęły również dowody jego przestępstw.
Wkrótce wyszła na jaw jeszcze bardziej osobista i bolesna prawda.
Okazało się, że ten sam dostawca sprzętu wojskowego, powiązany z Sokołowskim, przed laty dostarczał wadliwe wyposażenie także do jednostki, w której służyła Marta.
To właśnie te elementy miały związek z wypadkiem, w którym zginął Piotr.
