Daniel stał się jego najważniejszym pomocnikiem.
Rąbał szczapy.
Przynosił wodę.
Pilnował młodszego brata.
Wiktoria gotowała proste zupy i uczyła się piec chleb.
Pewnego wieczoru Piotr zauważył za ogrodem zaniedbany kawałek dawnego gospodarstwa.
Na jego terenie stała na wpół zgniła szopa.
Płot leżał przewrócony.
Pokrzywy sięgały mu do pasa.
Piotr długo patrzył w tamtą stronę.
— Tato, na co tak patrzysz? — zapytał Daniel.
— Myślę.
— O czym?
Piotr zmrużył oczy.
— A gdybyśmy wzięli ten kawałek ziemi?
— Po co?
— Zrobilibyśmy gospodarstwo.
Daniel roześmiał się głośno.
— Jakie gospodarstwo? Nie mamy nawet kota.
— To zaczniemy od czegoś innego niż kot.
Następnego dnia Piotr poszedł do urzędu gminy.
Tydzień później miał już umowę dzierżawy.
Po dwóch tygodniach pojawiły się cztery gęsi i dziewięć kur.
Miesiąc później Daniel znalazł ogłoszenie o starym inkubatorze.
Sprzedający chciał oddać go na złom.
Piotr przez dwa wieczory sprawdzał przewody i rozkręcał obudowę.
Trzeciego dnia żarówki w końcu się zapaliły.
Pierwszy lęg okazał się niemal porażką.
Z dwudziestu jaj wykluło się tylko sześć piskląt.
Michał potrafił siedzieć przy pudełku całymi godzinami.
— Tato, one są takie małe.
— Na razie.
— A potem?
— Potem urosną.
Piotr nie rozumiał jeszcze, że mówi nie tylko o kurczętach.
Przez pierwsze dwa lata gospodarstwo pochłaniało wszystko.
Czas.
Siły.
Sen.
Pieniądze.
Nieraz wydawało mu się, że łatwiej będzie zrezygnować.
A jednak stopniowo zaczęli przyjeżdżać pierwsi klienci.
Najpierw po jajka.
Później po mleko, kiedy kupili kozę.
Potem po twaróg.
Piotr nauczył się robić śmietanę.
Wiktoria znalazła w internecie przepis na ser.
Pierwszą główkę przesolili tak bardzo, że nawet kot sąsiadki nie chciał jej tknąć.
Drugą zjedli sami.
Trzecią kupiła kobieta z miasteczka.
Tydzień później wróciła po pięć kolejnych.
W trzecim roku Piotr zdecydował się na kredyt.
Kupił starą krowę.
Nazwali ją Biała.
— Może lepiej było kupić traktor? — zaproponował Daniel.
— Traktor nie daje mleka.
— Za to wozi siano.
— Kiedy Biała zacznie na siebie zarabiać, kupimy traktor.
Rok później mieli już dwie krowy.
Potem pojawił się traktor.
Następnie dobudowali kolejną oborę.
Michał dorósł i przejął opiekę nad drobiem.
Wiktoria po szkole dostała się do technikum technologii żywności.
Daniel postanowił zostać z ojcem.
— Nie chcesz pojechać do miasta? — zapytał kiedyś Piotr.
— Po co?
— Żeby zobaczyć, jak wygląda życie.
Daniel uśmiechnął się spokojnie.
— Tutaj też widzę je całkiem dobrze.
W piątym roku na bramie zawisła nowa, drewniana tablica:
„Rodzinne Gospodarstwo Trzy Klony”.
Nazwę wymyśliła Wiktoria.
— Dlaczego trzy? — zapytał Michał.
— Bo jest nas troje.
Piotr udał oburzenie.
— A ja?
Wiktoria objęła go ramieniem.
— Ty jesteś ziemią, tato.
— Ziemią?
— Tą, na której wyrośliśmy.
Odwrócił głowę, żeby dzieci nie zobaczyły, jak zaszkliły mu się oczy.
O Katarzynie prawie nie rozmawiali.
Przez pięć lat zadzwoniła siedem razy.
Pierwsze rozmowy trwały długo.
Później każda była coraz krótsza.
W końcu telefony zupełnie ucichły.
Piotr nie zabraniał dzieciom z nią rozmawiać.
Nie zamierzał jednak nikogo do tego zmuszać.
I właśnie pięć lat po jej odejściu przy furtce pojawiła się kobieta.
Piotr naprawiał wtedy dojarkę.
— Dzień dobry, mleko na dzisiaj już sprzedaliśmy — powiedział, nie podnosząc głowy.
Kobieta milczała.
Wyprostował się.
I zamarł.
Katarzyna.
Nie rozpoznał jej od razu.
Miała na sobie cienki szary płaszcz.
Bez drogiej torebki.
Bez starannie ułożonych włosów.
Bez jaskrawej szminki, którą kiedyś tak lubiła.
Wyglądała, jakby nagle stała się mniejsza.
— Witaj, Piotrze.
Wytarł ręce w szmatę.
— Witaj.
Katarzyna spojrzała za jego plecy.
Na nowy dom.
Dwie obory.
Traktor.
Karmniki.
Drewniany szyld.
— To wszystko jest twoje?
— Nasze.
— Czyje?
— Moje i dzieci.
Drgnęła.
Piotr otworzył furtkę.
Nie dlatego, że jej wybaczył.
Po prostu nie miał w zwyczaju zostawiać człowieka na dworze.
W kuchni było ciepło.
Katarzyna usiadła przy stole i objęła kubek obiema dłońmi.
Piotr milczał.
Wreszcie odezwała się pierwsza:
— Marek nie ma już nic.
— Rozumiem.
— Firma upadła trzy lata temu. Później przyszły długi, sąd, zabrane samochody. Dom sprzedano.
Piotr patrzył na nią bez gniewu.
— A później?
— Później znalazł sobie inną.
Uśmiechnęła się krzywo.
— Młodszą.
— Tak bywa.
— Możesz chociaż nie szydzić?
— Nie szydzę.
I mówił prawdę.
Najbardziej bolało ją właśnie to, że naprawdę nie widział w jej nieszczęściu powodu do radości.
— Nie mam dokąd pójść — wyszeptała.
Piotr spojrzał jej prosto w oczy.
— Dlatego przypomniałaś sobie o nas?
Zamknęła powieki.
— Tak.
Ta szczerość zaskoczyła go bardziej niż jakiekolwiek tłumaczenie.
— Najpierw dlatego. A potem przez całą drogę myślałam, że nie mam nawet prawa tu przychodzić.
— Słusznie myślałaś.
Zadrżały jej usta.
— Gdzie są dzieci?
— Daniel w oborze.
— On…
Nie dokończyła.
— Ma dziewiętnaście lat.
Katarzyna zasłoniła usta dłonią.
Jakby dopiero teraz zrozumiała, ile czasu minęło.
Piotr wyszedł przed dom.
— Daniel!
Z obory wyłonił się wysoki chłopak.
