Z Piotrem byliśmy małżeństwem od dwudziestu siedmiu lat, ale jedna z jego dziwnych przyzwyczajeń przez cały ten czas pozostawała dla mnie zagadką.
Fasolka po bretońsku.
Może brzmi to zabawnie.
Jednak z biegiem lat przestało chodzić wyłącznie o jedno danie.
W naszym domu niemal stało się ono obowiązkowym punktem tygodnia.
Przynajmniej dwa razy w tygodniu Piotr gotował fasolkę. Czasem robił to sam, a czasem prosił, żebym przygotowała ją ja.
Gdy odmawiałam, jego twarz natychmiast tężała.
— Zjedz chociaż trochę, Anno.
— Piotr, przecież wiesz, że nie cierpię fasoli.
— Wiem. Ale mimo wszystko powinnaś zjeść.
Początkowo uważałam, że to po prostu jedna z jego osobliwości.
Później zaczęło mnie to coraz bardziej irytować.
— Dlaczego ciągle zmuszasz mnie do jedzenia czegoś, czego naprawdę nie lubię?
Nigdy nie dostawałam konkretnej odpowiedzi.
— Tak będzie dla ciebie lepiej.
Najbardziej doprowadzały mnie do szału właśnie te słowa.
Przez dwadzieścia lat pytałam o to chyba niezliczoną ilość razy.
Piotr albo zmieniał temat, albo uśmiechał się tajemniczo i odpowiadał:
— Kiedyś zrozumiesz.
Z czasem ta odpowiedź przestała mnie bawić. Zaczęła mnie naprawdę niepokoić.
Kiedyś zrozumiesz.
Ale co dokładnie?
W ostatnich miesiącach zauważyłam jeszcze jedną rzecz.
Piotr bardzo uważnie obserwował, ile jedzenia zostawało na moim talerzu.
Jeśli nie zjadałam całej porcji, natychmiast pytał:
— Już nie będziesz?
Pewnego wieczoru zażartowałam:
— Patrzysz na mój talerz tak, jakbyś dosypał do niego jakiś sekretny składnik.
Roześmiałam się.
On jednak pozostał poważny.
Przez kilka sekund tylko mi się przyglądał.
Potem podniósł szklankę i powiedział:
— Nie opowiadaj głupstw.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie tę chwilę zapamiętałam szczególnie wyraźnie.
Dwa tygodnie później, około drugiej w nocy, obudził mnie ostry ból brzucha.
Na początku byłam pewna, że za moment minie.
Zamiast ustąpić, ból stawał się jednak coraz silniejszy.
W końcu ściskał mnie tak mocno, że z trudem mogłam się wyprostować.
Piotr natychmiast zerwał się z łóżka.
— Musimy jechać do szpitala.
Przez niemal całą drogę siedział za kierownicą w milczeniu.
Nagle zapytał:
— Zjadłaś dziś dużo fasolki?
Odwróciłam głowę w jego stronę.
Poczułam, jak wszystko w środku lodowacieje.
— Dlaczego o to pytasz?
— Tak tylko zapytałem.
— Piotr, co ty dodajesz do tego dania?
Rzucił mi szybkie spojrzenie.
— Nic niezwykłego.
— Od dwudziestu lat nalegasz, żebym jadła fasolkę. Teraz zwijam się z bólu, a ciebie przede wszystkim interesuje właśnie ona?
— Anno, proszę cię.
Wtedy po raz pierwszy naprawdę dopuściłam do siebie najgorsze myśli.
W szpitalu wykonano mi szereg badań. Pobrano krew, zrobiono USG, a lekarz zadawał pytanie za pytaniem.
Piotr cały czas był przy mnie.
Zauważyłam, że nerwowo splatał i rozplatał palce.
Wyraźnie się denerwował.
Po mniej więcej godzinie wrócił doktor Kowalski. W dłoni trzymał wyniki badań.
Usiadł, najpierw spojrzał na mnie, a potem przeniósł wzrok na Piotra.
Miał bardzo poważną minę.
— Panie Nowak, czy mógłby pan na chwilę wyjść? Chciałbym porozmawiać z pańską żoną sam na sam.
Piotr znieruchomiał.
— Po co?
— Muszę omówić z nią kilka wyników bez obecności innych osób.
Serce zaczęło mi walić tak mocno, że przez moment zapomniałam nawet o bólu.
Piotr powoli podniósł się z krzesła. Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze i spojrzał na mnie.
W jego oczach dostrzegłam coś, czego nie potrafiłam od razu nazwać.
Strach.
Gdy drzwi się zamknęły, natychmiast zapytałam:
— Panie doktorze, znaleźliście coś poważnego?
Przez chwilę milczał.
— Tak.
Dłonie zrobiły mi się lodowate.
— Czy to może mieć związek z jedzeniem?
Lekarz od razu zorientował się, czego się obawiam.
— Najpierw chcę panią uspokoić. Wyniki nie wskazują na zatrucie ani na to, żeby ktoś celowo próbował zrobić pani krzywdę.
Po raz pierwszy od chwili przyjazdu do szpitala mogłam nabrać pełnego oddechu.
Wciąż nie rozumiałam jednak, dlaczego poprosił Piotra o wyjście.
— Skoro nie chodzi o zatrucie, to czemu kazał mu pan opuścić salę?
Doktor Kowalski odwrócił w moją stronę jedną z kartek.
— Ma pani bardzo niski poziom żelaza. Chciałem zapytać, czy podobna sytuacja zdarzała się wcześniej.
Powoli skinęłam głową.
— Dwadzieścia lat temu.
Nagle wróciło wspomnienie, o którym od dawna nie myślałam.
Po narodzinach naszego drugiego dziecka kilka razy straciłam przytomność.
Lekarze mówili wtedy, że moje wyniki krwi są bardzo złe.
To wydarzyło się jednak tak dawno temu, że uznałam tę historię za zamkniętą.
Doktor zapytał:
— Czy Piotr był wtedy przy pani?
Nie odpowiedziałam od razu.
— Tak.
I właśnie wtedy poszczególne szczegóły zaczęły układać się w niepokojącą całość.
Piotr ponownie został poproszony do sali.
Nie zamierzałam już czekać.
— Powiedz mi szczerze. Dlaczego przez te wszystkie lata zmuszałeś mnie do jedzenia fasolki?
Przez dłuższą chwilę milczał.
W końcu usiadł obok mojego łóżka.
— Bałem się.
— Czego?
W jego oczach pojawiły się łzy.
