Elżbieta po raz trzeci przeliczyła banknoty schowane w kopercie z napisem „Prąd i gaz”. Pieniądze wciąż się nie zgadzały. Wygładziła dłonią każdą złotówkę, jakby od tego mogło ich przybyć, po czym starannie złożyła wszystko z powrotem.
Czterysta złotych.
Do emerytury pozostawało jeszcze dziewięć dni.
W lodówce czekała połowa kurczaka, przeznaczona na jutrzejszy obiad dla gości.
Jeszcze tydzień wcześniej koperta była wyraźnie grubsza. Jeszcze tydzień temu w ich małym mieszkaniu na krakowskim Kazimierzu panowała zwyczajna, znajoma cisza, a największym zmartwieniem Elżbiety było to, czy wystarczy pustych słoików na domowy przecier z papryki.
Tego wieczoru właśnie zakręcała ostatni słoik.
W kuchni pachniało pieczoną papryką, pomidorami i czosnkiem. Szyby zaparowały od gorąca, a Stefan drzemał w fotelu, słuchając jednostajnych wiadomości.
Dzwonek do drzwi odezwał się długo i natarczywie. Brzmiał tak, jakby ktoś przycisnął go łokciem i wcale nie zamierzał puścić.
— Stefanie, spodziewasz się kogoś? — Elżbieta wytarła dłonie w ściereczkę.
— Chyba nie… — Mężczyzna podniósł się, mrużąc oczy po drzemce. — Może to sąsiad z dołu. Pewnie znowu coś mu nie pasuje w ogrzewaniu.
Ale na klatce schodowej nie stał żaden sąsiad.
Na progu, w czerwonym kapeluszu z szerokim rondem, prezentowała się Wiktoria — kuzynka Stefana z niewielkiej miejscowości niedaleko Łowicza.
Za nią stała ogromna walizka na kółkach. Taka, z którą człowiek zwykle wybiera się co najmniej na miesiąc nad morze.
Nieco dalej czekał jej mąż, Waldemar, trzymając w obu rękach wielkie, kraciaste torby.
— No i jesteśmy! — Wiktoria już obejmowała Elżbietę, otulając ją słodkim zapachem perfum. — Nie spodziewaliście się? Tym lepiej! Niespodzianki są przecież najprzyjemniejsze!
— Wiktorio! Waldku! — Stefan rozłożył szeroko ręce. — Dlaczego nie zadzwoniliście wcześniej? Przyjechałbym po was na dworzec.
— Jak to nie zadzwoniłam? — Wiktoria uniosła brwi z udawanym oburzeniem. — Dzwoniłam do ciebie w niedzielę. Powiedziałam wyraźnie: „Stefan, pakujemy się i przyjeżdżamy, czekaj na nas”. A ty co?
— Myślałem, że żartujesz — odparł, drapiąc się po głowie. — Kto porzuca gospodarstwo w samym środku lata?
Elżbieta spojrzała na walizkę.
Potem przeniosła wzrok na męża.
Stefan z jakiegoś powodu uparcie wpatrywał się w podłogę.
Było już po dziesiątej wieczorem, ale ludzi po podróży nie wypadało przecież kłaść spać z pustym żołądkiem. Elżbieta wyjęła jajka, pokroiła chleb i otworzyła słoik ogórków konserwowych, który przechowywała na szczególną okazję.
— Siadajcie. Opowiedzcie, co was do nas sprowadziło.
— Oj, Elu, od razu brzmisz jak na przesłuchaniu — zaśmiała się Wiktoria, zajmując sobą niemal pół kuchni. — Stęskniliśmy się za wami. Rodzina, wiadomo. Życie jest krótkie, a widujemy się raz na pięć lat.
— To prawda — powiedziała Elżbieta, stawiając patelnię na stole. — Tylko że mamy kawalerkę. Gdzie zamierzacie spać?
— Nam wystarczy każdy kąt!
— Na podłodze was nie położę. Rozłożymy kanapę w kuchni. Będzie ciasno, ale jakoś się zmieścimy. Zostajecie na parę dni?
— Na trzy — odpowiedziała Wiktoria i szybko wymieniła spojrzenie z Waldemarem.
Tej nocy Elżbieta długo nie mogła zasnąć.
Za ścianą jednostajnie pracowała lodówka, a z kuchni dobiegało donośne chrapanie Waldemara.
— Stefanie — szepnęła. — Z taką walizką nikt nie przyjeżdża na trzy dni.
— Nie wymyślaj. Chcieli trochę pozwiedzać miasto.
Odwrócił się do ściany zdecydowanie zbyt szybko.
Elżbieta znała męża od czterdziestu dwóch lat.
Doskonale wiedziała, jak zachowywał się wtedy, gdy próbował coś przed nią ukryć.
Tak samo leżał odwrócony plecami, kiedy pożyczył od chrzestnego pieniądze na „świetny interes” związany z handlem częściami samochodowymi.
I identycznie odwrócił głowę, gdy okazało się, że żadnego interesu nie będzie.
Od czasu przejścia na emeryturę po pracy w zajezdni autobusowej Stefan nie potrafił pogodzić się z tym, że teraz trzeba liczyć każdą złotówkę.
Wydawało mu się, że wystarczy jeszcze jedna okazja, jeden dobry pomysł, a odzyskają dawne życie.
Tyle że zamiast szczęśliwych okazji pojawiały się kolejne długi.
Następnego ranka Elżbieta, jak zawsze, wstała o szóstej.
Wyszła na korytarz i zatrzymała się w pół kroku.
Do kuchni nie dało się wejść — spali tam goście.
Przez chwilę nasłuchiwała, a potem bezgłośnie wróciła do pokoju.
„Ludzie ze wsi — pomyślała. — Wstaną razem ze słońcem”.
Wiktoria pojawiła się dopiero wpół do dwunastej.
Miała na sobie szlafrok, włosy w nieładzie i minę osoby doskonale wypoczętej.
— Ale tu się śpi! Żadnego piania koguta, muczenia krów ani sąsiadki, która od piątej rano tłucze wiadrami. To dopiero życie!
Elżbieta bez słowa postawiła przed nią talerz z omletem i kanapkami.
Wiktoria poruszyła widelcem po jajkach.
— I to wszystko?
Elżbieta podniosła wzrok.
— A czego się spodziewałaś?
— No wiesz, Elu… Jesteś miejską gospodynią. Myślałam, że będzie coś bardziej odświętnego. Jakieś mięso, sałatki, żeby wyglądało jak u ludzi.
— Żyjemy skromnie, Wiktorio.
