„Przyjechali tylko na kilka dni z ogromną walizką, a potem chcieli odebrać nam mieszkanie — na szczęście odkryłam prawdę, zanim podpisałam dokumenty”

— Widzę — mruknęła tamta, krzywiąc usta. — Nic nie szkodzi. Przy obiedzie możesz się bardziej postarać.

Elżbieta poczuła, że policzki zaczynają ją piec.

Czy miała powiedzieć, że do emerytury zostało im niemal pusto w portfelu?

Że Stefan był winien pieniądze prawie połowie właścicieli garaży na osiedlu?

Nie potrafiła.

Kiedy goście poszli zwiedzać park Jordana, Elżbieta narzuciła sweter i zapukała do drzwi sąsiadki z trzeciego piętra.

Maria otworzyła jej w okularach, trzymając w dłoni gazetę z krzyżówką.

— Mario, aż mi głupio prosić… Mogłabyś pożyczyć mi trochę pieniędzy do emerytury? Przyjechali niespodziewanie krewni Stefana. Chcą, żeby wszystko było jak należy.

Sąsiadka nie odpowiedziała.

Podeszła do kredensu, wyjęła portmonetkę schowaną pod porcelanową figurką tancerki i odliczyła banknoty.

Potem ujęła dłoń Elżbiety.

— Oczywiście ci pomogę, kochanie. Ale posłuchaj starej, nierozsądnej kobiety. Jeśli ktoś przyjeżdża bez zapowiedzi z wielką walizką, a później jeszcze dyktuje gospodyni, co ma podać na stół, to znaczy, że nie przyjechał wyłącznie z tęsknoty. Powiedz im, jak wygląda wasza sytuacja.

— Nie umiem. Wstyd mi.

— Wstyd powinno być nie tobie — westchnęła Maria. — Zrobisz, jak uważasz. Tylko patrz uważnie i nie zamykaj oczu.

Wieczorem stół uginał się od jedzenia.

Elżbieta upiekła schab ze śliwkami, zrobiła sałatkę jarzynową, śledzie pod pierzynką i sałatkę z wątróbką.

Wiktoria jadła z wielkim apetytem, wychwalała gospodynię i kilka razy dokładała sobie porcję.

Kiedy wreszcie odsunęła talerz, oparła się wygodnie o krzesło i westchnęła z rozmarzeniem.

— Wszystko pyszne, Elu. Ale do herbaty miałabym ochotę na prawdziwy sernik krakowski. Z rodzynkami, taki z dobrej cukierni. Skoro już jesteśmy w Krakowie…

Następnego dnia Elżbieta ponownie poszła do Marii.

Później skierowała się do sklepu.

Sernik kosztował niemal tyle, ile zwykle wydawała na jedzenie przez cały tydzień.

Niosła duże pudełko przewiązane cienkim sznurkiem i myślała o zimowych butach, na które odkładała pieniądze od wiosny.

Buty mogły poczekać.

Wieczorem Stefan, promieniejąc z zadowolenia, oznajmił:

— Wiktoria z Waldkiem postanowili zostać jeszcze tydzień! To nie wspaniale?

Elżbieta oparła się o framugę drzwi.

— Stefanie — Wiktoria natychmiast wsunęła mu rękę pod ramię — po tej kuchennej kanapie plecy mam zupełnie połamane. Może przeniesiemy się do pokoju, a wy będziecie spać w kuchni? Jesteście u siebie, jakoś sobie poradzicie.

— Oczywiście! — odpowiedział Stefan bez wahania, nawet nie spoglądając na żonę.

Elżbieta milcząco wyjęła z szafy świeżą pościel i przygotowała łóżko dla gości.

To samo łóżko, w którym spała przez prawie czterdzieści lat.

Kuchenna kanapa rzeczywiście była niewygodna.

W środku zapadała się głęboko, a jedna ze sprężyn wbijała się Elżbiecie prosto w żebro.

Leżała na boku i starała się nie poruszać.

— Stefanie, kiedy oni wreszcie wyjadą? — szepnęła. — Prawie nie mamy już pieniędzy na chleb. Już dwa razy pożyczałam od Marii.

— Elu, tylko nie zaczynaj. Niech ludzie chociaż raz porządnie zjedzą.

Chciała odpowiedzieć, ale z pokoju dobiegły przyciszone głosy.

Drzwi od lat, odkąd budynek lekko osiadł, nigdy nie domykały się do końca.

— Jeszcze trochę wytrzymaj — szeptała Wiktoria. — W czwartek Stefan wszystko podpisze i mieszkanie będzie nasze. Sprzedamy je, a potem przeniesiemy się do Warszawy.

— A co z Elżbietą? — zapytał ciężko Waldemar.

— A co ma być? Elżbieta przez całe życie milczy. Teraz też zamilknie.

Sprężyna przestała uwierać.

Elżbieta nie czuła już nic.

Tylko zimno, które powoli wspinało się od stóp aż do gardła.

Wreszcie zrozumiała, po co przywieziono tę ogromną walizkę.

Rano, gdy Wiktoria i Waldemar wyszli na targ, Elżbieta zamknęła drzwi wejściowe na oba zamki i usiadła naprzeciwko męża.

— Co dokładnie zamierzasz podpisać w czwartek?

Stefan najpierw udał zdziwienie.

Potem spojrzał jej w oczy.

I nagle całkowicie opadł z sił.

Opowiadał długo, chaotycznie, urywanymi zdaniami.

Wiosną zadzwoniła do niego Wiktoria i zaproponowała „wyjątkowo korzystną zamianę”.

Ich mieszkanie za jej dom na wsi.

Dom z ogrodem i kawałkiem ziemi.

Do tego miała jeszcze dopłacić.

Właśnie tę dopłatę Stefan chciał przeznaczyć na spłatę wszystkich swoich długów.

— Dom z ogrodem, Elu — tłumaczył cicho. — Świeże powietrze, własna ziemia… Pomyślałem, że może ci się spodoba.

— A zapytać mnie o zdanie nie zamierzałeś?

Nie odpowiedział.

— Stefanie, oni chcą wyrzucić nas z naszego własnego mieszkania. Rozumiesz to?

Mężczyzna zakrył twarz dłońmi.

Elżbieta patrzyła na jego siwiejącą głowę i sama nie wiedziała, co czuje mocniej: gniew czy żal.

— Gdzie jest kancelaria notarialna?

Kancelaria mieściła się na parterze pięciopiętrowego bloku przy ulicy Sobieskiego.

Elżbieta przyjechała autobusem pół godziny przed umówioną godziną.

Mimo to Wiktoria i Waldemar już siedzieli na krzesłach obitych skajem, ustawionych w korytarzu.

— Och, Elu! — Wiktoria zerwała się natychmiast. — My tylko mieliśmy tu coś załatwić…

Drzwi gabinetu otworzyły się.