Maria Kowalska już po raz trzeci przeliczała pieniądze w kopercie podpisanej „prąd i gaz”. Kwota wciąż się nie zgadzała. Wygładziła dłonią każdy banknot, jakby od tego mogło ich przybyć, po czym starannie schowała wszystko z powrotem.
Czterysta złotych.
Do emerytury zostało dziewięć dni.
W lodówce czekała połowa kurczaka, którą Maria odkładała na jutrzejszy obiad dla gości.
Jeszcze tydzień wcześniej koperta była wyraźnie grubsza. Jeszcze tydzień temu w ich jednopokojowym mieszkaniu na warszawskiej Pradze panowała zwyczajna cisza, a największym zmartwieniem Marii było to, czy wystarczy pustych słoików na leczo.
Tamtego wieczoru zakręcała właśnie ostatni słoik.
W kuchni unosił się zapach papryki, pomidorów i czosnku. Szyba zaparowała od gorąca, a Stefan drzemał w fotelu, słuchając jednostajnych wiadomości.
Dzwonek do drzwi rozległ się długo i natarczywie, jakby ktoś przycisnął przycisk łokciem i wcale nie zamierzał go puścić.
— Stefek, spodziewasz się kogoś? — Maria wytarła ręce o kuchenną ściereczkę.
— Chyba nie… — Mężczyzna podniósł się, mrużąc oczy po drzemce. — Może znowu sąsiad z dołu przyszedł narzekać na kaloryfer.
Na klatce nie stał jednak żaden sąsiad.
Na progu, w czerwonym kapeluszu z szerokim rondem, stała Iwona — kuzynka Stefana z niewielkiej miejscowości niedaleko Łowicza.
Za nią znajdowała się ogromna walizka na kółkach. Takie bagaże zabiera się zwykle co najmniej na miesiąc nad morze.
Nieco dalej przestępował z nogi na nogę jej mąż Marek, trzymając w obu dłoniach kraciaste torby.
— No i jesteśmy! — Iwona już obejmowała Marię, otulając ją słodkim zapachem perfum. — Nie spodziewaliście się? I bardzo dobrze! Tak jest ciekawiej!
— Iwonka! Marek! — Stefan rozłożył szeroko ramiona. — Dlaczego nie zadzwoniliście? Przyjechałbym po was na dworzec.
— Jak to nie zadzwoniliśmy? — Iwona uniosła oburzone brwi. — Dzwoniłam do ciebie w niedzielę! Powiedziałam: „Stefek, wybieramy się do was, przygotuj się”. I co?
— Myślałem, że żartujesz — Stefan podrapał się po głowie. — Kto porzuca gospodarstwo w środku sierpnia?
Maria spojrzała na walizkę.
Potem na męża.
Stefan z jakiegoś powodu uparcie wpatrywał się w podłogę.
Było już prawie dziesięć wieczorem, ale ludzi po podróży nie wypada kłaść spać głodnych. Maria wyjęła jajka, pokroiła chleb i otworzyła słoik ogórków konserwowych, który przechowywała na szczególną okazję.
— Siadajcie. Opowiadajcie, co was do nas sprowadziło.
— Oj, Marysiu, od razu brzmisz jak na przesłuchaniu — zaśmiała się Iwona, zajmując sobą niemal połowę kuchni. — Stęskniliśmy się. W końcu jesteśmy rodziną. Życie jest krótkie, a widujemy się raz na pięć lat.
— To prawda — Maria postawiła patelnię na podkładce. — Tylko że mamy mieszkanie z jednym pokojem. Gdzie was położę?
— Nam wystarczy każdy kąt!
— Na podłodze was nie zostawię. Rozłożymy kanapę w kuchni. Będzie ciasno, ale jakoś się zmieścimy. Zostajecie na parę dni?
— Na trzy — odpowiedziała Iwona i szybko wymieniła spojrzenie z Markiem.
Tej nocy Maria długo nie mogła zasnąć.
Za ścianą jednostajnie buczała lodówka, a z kuchni dobiegało chrapanie Marka.
— Stefek — szepnęła cicho. — Z taką walizką nie przyjeżdża się na trzy dni.
— Nie wymyślaj. Ludzie chcieli zobaczyć miasto.
Zbyt szybko odwrócił się twarzą do ściany.
Maria znała męża od czterdziestu dwóch lat.
Doskonale pamiętała, jak odwracał się plecami, gdy próbował coś przed nią ukryć.
Tak samo leżał wtedy, gdy pożyczył od chrzestnego pieniądze na „pewny interes” z częściami samochodowymi.
I w identyczny sposób odwrócił głowę, kiedy okazało się, że z interesu nic nie wyszło.
Od czasu przejścia na emeryturę po pracy w bazie transportowej Stefan nie potrafił pogodzić się z tym, że teraz trzeba oglądać każdą złotówkę.
Wydawało mu się, że wystarczy jeszcze odrobina cierpliwości, a pojawi się okazja, która przywróci im dawne życie.
Tyle że zamiast szans przybywało tylko długów.
Następnego ranka Maria, jak zwykle, wstała o szóstej.
Wyszła na korytarz i zatrzymała się w pół kroku.
Do kuchni nie dało się wejść — spali tam goście.
Postała chwilę, nasłuchując, po czym po cichu wróciła do pokoju.
„Ludzie ze wsi — pomyślała. — Zaraz zerwą się razem ze słońcem”.
Iwona pojawiła się dopiero około wpół do dwunastej.
W szlafroku, z rozczochranymi włosami i miną osoby całkowicie zadowolonej z życia.
— Jak tu się śpi! Żadnego piania koguta, żadnej krowy, żadnej sąsiadki tłukącej wiadrami od piątej rano. To dopiero życie!
Maria bez słowa postawiła przed nią talerz z omletem i kanapkami.
Iwona poruszyła widelcem.
— I to wszystko?
Maria podniosła wzrok.
— A czego jeszcze oczekujesz?
— No wiesz, Marysiu, jesteś przecież miejską gospodynią. Myślałam, że będzie coś specjalnego… mięso, sałatki, żeby było jak u ludzi.
— Żyjemy skromnie, Iwonko.
— Widzę — skrzywiła się kobieta. — Nic nie szkodzi. Przy obiedzie bardziej się postarasz.
Maria poczuła, że policzki zaczynają ją piec.
Czy miała powiedzieć, że do emerytury zostało im prawie bez pieniędzy?
Że Stefan jest winien pieniądze niemal połowie garażowego osiedla?
