Teściowa oznajmiła, że również jedzie do sanatorium — lecz kiedy pociąg ruszył, zrozumiała, że synowa po raz pierwszy nie zamierza płacić za jej zachcianki

Dzień przed wyjazdem teściowa sama oznajmiła, że także wybiera się do sanatorium.

— Prawie wszystko ci później oddam, a ty tylko trochę dołożysz — powiedziała.

— Dobrze — odparła spokojnie Iwona.

Halina natychmiast się ożywiła. Sięgnęła po telefon, otworzyła stronę sanatorium i zaczęła dokładnie oglądać zdjęcia pokoi.

— Ten wygląda całkiem dobrze. Koniecznie musi być balkon z widokiem na jezioro. I najlepiej parter, przecież wiesz, że bolą mnie kolana. Dobrze byłoby też zamieszkać blisko was. Chcę rano spacerować z wnukami. Zosia wcześnie wstaje, więc możemy razem chodzić na gimnastykę.

Iwona w tym czasie bez słowa zmywała naczynia.

Gorąca woda parzyła ją w palce, jednak nawet nie cofnęła dłoni.

— A dla Kubusia zamów dziecięce posiłki — ciągnęła teściowa. — Podobno mają osobne menu z kaszkami. Ja potrzebuję diety lekkostrawnej. Żadnego smażonego jedzenia.

Mówiła z taką pewnością, jakby pobyt był już opłacony, bilety leżały w jej torebce, a przygotowany pokój czekał na przyjazd.

Iwona zakręciła kran, osuszyła ręce i odwróciła się do niej.

— Rozumiem, pani Halino. Parter, balkon, widok na jezioro i dieta.

— No widzisz, jaka jesteś rozsądna.

Teściowa wyszła z kuchni w doskonałym humorze.

Iwona usiadła przy stole, otworzyła laptop i jeszcze raz sprawdziła rezerwację.

Trzy osoby.

Ona.

Zosia.

Kuba.

Pociąg odjeżdżał pojutrze o szóstej rano.

Nieszczęście wydarzyło się Andrzejowi osiem miesięcy wcześniej.

Spadł na budowie.

Doznał złamania kręgosłupa.

Przeszedł trzy skomplikowane operacje.

Teraz od nowa uczył się chodzić w ośrodku rehabilitacyjnym pod Łodzią.

Iwona co miesiąc przelewała tam czterdzieści dwa tysiące złotych.

Do tego dochodziły rachunki za mieszkanie, opłaty, dzieci, jedzenie i szkolne wydatki.

Dlatego pracowała nocami.

Kiedy Zosia i Kuba zasypiali, Iwona włączała komputer i projektowała kuchnie oraz salony dla ludzi, którzy — sądząc po zdjęciach ich mieszkań — nie musieli martwić się o pieniądze.

Nieraz kończyła dopiero około czwartej nad ranem.

Halina mieszkała sama w porządnym dwupokojowym mieszkaniu.

Miała emeryturę i dodatek za wieloletnią pracę.

Jej obecność w życiu rodziny zwykle wyglądała podobnie.

Dwa razy w tygodniu wpadała z wizytą, zaglądała do lodówki, krytykowała kupione produkty i udzielała rad dotyczących wychowania dzieci.

— Za bardzo pobłażasz Kubie. Andrzej w jego wieku już mył naczynia.

— Kuba też myje naczynia, mamo.

— W takim razie robi to niedokładnie.

Przez osiem miesięcy od wypadku Andrzeja teściowa tylko raz dała rodzinie pieniądze.

Pięć tysięcy złotych na urodziny Zosi.

Później co najmniej trzy razy przypomniała, jaki wspaniały prezent podarowała wnuczce.

Kiedy Iwona zaczęła odkładać na wyjazd, nikomu o tym nie wspomniała.

Z każdego nowego zlecenia odkładała do osobnej koperty dwa tysiące złotych.

Czasem trzy.

Jeśli projekt był większy — nawet pięć.

W maju wreszcie uzbierała potrzebną kwotę.

Dziesięć dni w niedrogim sanatorium położonym niedaleko leśnego jeziora na Mazurach.

Zwyczajny pokój dla trzech osób.

Posiłki.

Plac zabaw.

Czyste powietrze.

A przede wszystkim szansa, by choć przez kilka dni nie zaczynać każdego poranka od sprawdzania tabeli wydatków.

Iwona sama wszystko zarezerwowała i od razu opłaciła.

Halina dowiedziała się przypadkiem, kiedy Kuba nieopatrznie się wygadał.

— Babciu, niedługo jedziemy nad jezioro! Będą tam łódki!

Tego samego wieczoru zadzwonił telefon.

Halina.

— Iwonko, co to za sanatorium? Dlaczego dowiaduję się o wszystkim od dziecka?

— Jedziemy z dziećmi na dziesięć dni.

— Cudownie. W takim razie jadę z wami. Lekarz od dawna mówi, że potrzebuję świeżego powietrza. I przy okazji spędzę trochę czasu z wnukami.

Iwona zacisnęła powieki.

W pokoju unosił się zapach proszku do prania i dziecięcego szamponu.

— Pani Halino, ten wyjazd kosztuje.

— Przecież powiedziałam, że prawie wszystko zwrócę. Mam odłożone pieniądze. Kupisz mi tylko bilet i najwyżej trochę dopłacisz za pokój.

„Prawie wszystko”.

Iwona doskonale wiedziała, co te słowa oznaczały w wykonaniu teściowej.

Kiedy Halina obiecywała, że „pomoże przy remoncie”, przywiozła jedną rolkę tapety i słoik kleju.

Sam remont kosztował wtedy sto dwadzieścia tysięcy złotych.

— Dobrze — powiedziała Iwona.

I zakończyła rozmowę.

Następnego dnia dostała czterominutową wiadomość głosową.

Teściowa szczegółowo wyjaśniała, który wagon najbardziej jej odpowiada, czego nie je na śniadanie i dlaczego pokój nie może znajdować się wyżej niż na drugim piętrze.

Dziesięć minut później pojawiła się kolejna wiadomość.

Tym razem chodziło o ręczniki.

— Ostatnio byłam w Ciechocinku i ręczniki były okropne, zupełnie jak papier ścierny. Koniecznie dowiedz się, jakie mają w tym sanatorium.

Iwona nie odpisała.

Siedziała przy kuchennym stole z laptopem i po raz kolejny liczyła pieniądze.

Pobyt dla trzech osób kosztował trzydzieści osiem tysięcy złotych.

Bilety w wagonie z przedziałami w obie strony — kolejne dwanaście.

Razem pięćdziesiąt tysięcy.

Odkładała tę sumę prawie trzy miesiące.