Teściowa oznajmiła, że również jedzie do sanatorium — lecz kiedy pociąg ruszył, zrozumiała, że synowa po raz pierwszy nie zamierza płacić za jej zachcianki

Gdyby zabrała Halinę, musiałaby wydać co najmniej następne dwadzieścia tysięcy na jej pobyt i około czterech na przejazd.

A obietnica „prawie wszystkiego” mogła się przecież skończyć siedmioma tysiącami złotych i paczką pianek.

Iwona zamknęła laptop.

Poszła do pokoju dzieci.

Poprawiła Kubie kołdrę.

Wyjęła książkę spod policzka Zosi.

Nie.

Nie kupi teściowej biletu.

Nie opłaci jej pobytu.

Nie zamierzała jednak mówić o tym wcześniej.

Znała już dalszy ciąg.

Łzy.

Pretensje.

Telefon do Andrzeja w ośrodku rehabilitacyjnym.

Opowieści o niewdzięcznej synowej.

A mąż nie powinien się teraz denerwować.

Nadszedł dzień wyjazdu.

Była piąta trzydzieści rano.

Iwona dopięła walizkę i obudziła dzieci.

— Mamo, babcia jedzie z nami? — zapytała Zosia, wsuwając stopy w sportowe buty.

— Nie.

Dziewczynka uważnie spojrzała na matkę.

— Ona o tym wie?

Iwona wytrzymała jej spojrzenie.

Zosia miała dopiero dwanaście lat, ale czasami patrzyła tak, jakby rozumiała znacznie więcej niż dorośli.

— Dowie się.

Zosia skinęła głową.

Nie zadała już żadnego pytania.

Kuba ledwie przytomny trzymał jedną ręką pasek plecaka.

Iwona zamówiła taksówkę.

Włożyli bagaże do samochodu i pojechali na dworzec.

O szóstej trzy pociąg ruszył.

W przedziale pachniało świeżą pościelą, metalem i charakterystycznym zapachem kolei, którego nie dało się pomylić z żadnym innym.

Kuba natychmiast wdrapał się na górną kuszetkę i zasnął.

Zosia usiadła przy oknie, założyła słuchawki.

Po kilku minutach nagle odezwała się:

— Mamo.

— Tak?

— Dobrze zrobiłaś.

Iwona nic nie odpowiedziała.

Patrzyła tylko przez szybę.

Peron powoli przesuwał się do tyłu.

Potem zniknęły szare bloki.

Pojawiły się garaże.

Za nimi las.

Iwona nabrała głęboko powietrza.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła, że może odrobinę łatwiej oddychać.

Około jedenastej zadzwonił telefon.

Iwona właśnie piła herbatę ze szklanki w metalowym koszyczku.

Naprzeciwko Kuba gryzł wafelek.

Zosia czytała książkę.

Na ekranie pojawiło się imię:

„Halina”.

Iwona odebrała.

— Iwonko! Jestem już na dworcu! Stoję z dwiema walizkami i czekam na was! Powiedz, do którego wagonu mam iść. Nie mogę znaleźć rozkładu, a tablica chyba się zepsuła!

Głos teściowej był wesoły.

Niemal świąteczny.

W tle słychać było zapowiedzi, gwar podróżnych i stukot kół.

— Pani Halino.

— Co mówiłaś? Mów głośniej, nic nie słyszę!

— Nasz pociąg odjechał pięć godzin temu.

Po drugiej stronie zapadła długa, ciężka cisza.

— Jak to odjechał?

— Już jedziemy.

— Ale jak to jedziecie? A ja?

— A co z panią?

— Gdzie jest mój bilet?

Iwona spokojnie odstawiła szklankę na stolik.

— Nie kupiłam pani biletu.

Znów nastąpiła cisza.

— Jak to nie kupiłaś?

— Dokładnie tak, jak powiedziałam.

— Przecież się umawiałyśmy! Spakowałam się! Mam dwie walizki!

— Nie umawiałyśmy się, pani Halino. Powiedziała pani, że chce jechać, a ja odpowiedziałam „dobrze”. Nie obiecywałam jednak, że zapłacę za bilet i sanatorium.

— To jakiś żart?!

Iwona upiła łyk herbaty.

Była mocna i gorąca.

— Nie.

— Iwona, ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co robisz?!

— Oczywiście. Przez trzy miesiące odkładałam pieniądze na odpoczynek z dziećmi. Nie mam dodatkowych dwudziestu kilku tysięcy złotych.

— Wszystko bym ci oddała! Przecież mówiłam!

— Powiedziała pani „prawie wszystko”. Ile dokładnie oznacza to „prawie”?

Po drugiej stronie zapanowała cisza.

Później Iwona usłyszała szelest.

— No… osiem tysięcy na pewno bym dała.

Iwona milczała.

— Może dziesięć — dodała teściowa.

— Sam pobyt kosztuje dwadzieścia tysięcy. Bilet to około czterystu złotych. A do tego chce pani osobny pokój na parterze, balkon z widokiem na jezioro i dietetyczne posiłki. Za część tych udogodnień również trzeba dopłacić.

Halina nie odpowiedziała.

Iwona słyszała, jak ktoś obok niej przeciąga wózek z bagażami.

W końcu teściowa odezwała się ciszej:

— Specjalnie to zrobiłaś.

— Nie. Po prostu pierwszy raz nie zapłaciłam za czyjeś oczekiwania pieniędzmi, których nie mam.

— Nie jestem dla ciebie obca!

— W takim razie powinna pani rozumieć, w jakiej sytuacji jest teraz pani syn.

— Chciałam pomóc ci przy dzieciach!

— Chciała pani odpoczywać obok dzieci. To nie jest dokładnie to samo.

Halina gwałtownie zakończyła rozmowę.

Pół godziny później zadzwonił Andrzej.

Brzmiał na zmęczonego, ale mówił spokojnie.

— Mama do mnie dzwoniła.

— Mogę sobie wyobrazić.

— Płacze.

— Tego też się domyślam.

— Twierdzi, że zostawiłaś ją samą na dworcu.

Iwona spojrzała na Zosię.

Córka udawała, że czyta, lecz było jasne, że słyszy każde słowo.

— Andrzej, ja nikogo nie zostawiłam. Twoja mama sama przyjechała na dworzec z dwiema walizkami. Bez biletu i bez rezerwacji. Po prostu uznała, że wszystko za nią opłaciłam.

— Ile trzeba było dołożyć?

— Co najmniej dwadzieścia pięć tysięcy.

Andrzej zamilkł.

Iwona mówiła dalej:

— Od miesiąca odkładam pieniądze na nowe buty sportowe dla Kuby.

— Mama powiedziała, że prawie wszystko ci zwróci.

— Wiesz, ile wynosiło to jej „prawie wszystko”?

— Ile?

— Osiem tysięcy. Może dziesięć.

W słuchawce znów zapadła cisza.

Po chwili Andrzej ciężko westchnął.