Kiedy trzeba było na trzy tygodnie zabrać wnuka na działkę, bo druga babcia z dziadkiem wyjechali nad morze, również Wanda okazała się niezastąpiona. Pilnowała dziecka, podlewała grządki, codziennie gotowała domowe obiady i robiła świeże kompoty.
Wdzięczności prawie nigdy jednak nie usłyszała.
Po powrocie z działki Elżbieta stwierdziła, że chłopiec jest jakiś zbyt blady. Dżem truskawkowy Wandy był jej zdaniem za rzadki. Kiedyś zaś oznajmiła, że w mieszkaniu nieustannie czuć zapach starych książek.
Mimo wszystko Wanda po raz kolejny spróbowała złagodzić atmosferę.
— Nałożę ci ryby, Elu — zaproponowała, sięgając po szeroką łopatkę. — Świeży mintaj. Dusiłam go długo z marchewką i cebulą. Jest bardzo delikatny.
Elżbieta aż rozłożyła ręce.
— Mintaj?
Roześmiała się głośno, jakby usłyszała wyjątkowo zabawny dowcip, po czym zwróciła się do córki.
— Kasiu, słyszysz? Na rocznicę podano nam mintaja! Przecież tym można karmić bezdomne koty pod blokiem. Tyle się tego kiedyś najedliśmy, że do dziś robi mi się niedobrze na samo wspomnienie. Wyobraź sobie, zaprosić ludzi na uroczystość i postawić na stole mrożoną rybę!
Piotr, który dotąd milczał, ostrożnie sięgnął po pieczonego pieroga.
— To całkiem dobra ryba, Elu. Nie przesadzaj.
Elżbieta natychmiast odwróciła się do męża.
— Ty lepiej nic nie mów. Wielki znawca się znalazł. Tobie wystarczy, żeby brzuch był pełny, a co jesz, nie ma żadnego znaczenia.
Potem znowu spojrzała na Wandę.
— Tylko się nie obrażaj. Jestem bezpośrednia, nie umiem kłamać ani słodzić ludziom. Ale to nie jest świąteczny stół. To zwyczajna kpina z gości.
W pokoju zapadła ciężka cisza.
Za oknem przejechał samochód. Zegar z kukułką odmierzał kolejne sekundy.
Marek wreszcie podniósł głowę i niespokojnie poruszył się na kanapie. Nie przyszło mu jednak do głowy, by stanąć w obronie matki.
— Mamo, tak szczerze, mogliśmy po prostu zamówić gotowe jedzenie — powiedział z irytacją. — Wszędzie są zestawy na uroczystości. Po co spędziłaś dwa dni przy kuchni, skoro teraz wszyscy musimy tego słuchać? Chcieliśmy czegoś bardziej nowoczesnego.
Wanda powoli odwróciła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
— Za dostawę trzeba zapłacić, Marku — odpowiedziała spokojnie, niemal bezbarwnie. — We wtorek sam siedziałeś w tej kuchni i mówiłeś, że po spłacie raty ledwo starczy ci na benzynę. Wszystko, co widzicie na stole, kupiłam z pensji w laboratorium i emerytury. Co do grosza.
Elżbieta westchnęła głośno, przewróciła oczami i ostentacyjnie odłożyła widelec.
— No i zaczyna się. Teraz do końca wieczoru będziemy słuchać, ile kosztował każdy ogórek i ile groszy poszło na sałatkę. Przyszliśmy do bliskiej osoby, a tu urządzają nam księgowość przy jedzeniu. Gdybym wiedziała, że stół będzie taki biedny, od razu pojechalibyśmy z Piotrem do restauracji. Przynajmniej zjedlibyśmy jak należy. A teraz trzeba się tym wszystkim zapychać z grzeczności!
Wanda położyła dłonie na kolanach.
I wtedy stało się w niej coś niezwykłego.
Nagle ucichł ból głowy. Zniknęło znajome poczucie krzywdy, które jeszcze przed chwilą ściskało gardło i szczypało pod powiekami.
W jego miejsce pojawił się chłodny spokój. A wraz z nim — zaskakujące poczucie wolności.
Wanda wstała.
Bez pośpiechu poszła do kuchni, założyła grube rękawice kuchenne w słoneczniki i otworzyła piekarnik.
Uderzyła w nią fala gorącej pary.
Po całym mieszkaniu rozszedł się intensywny aromat czosnku, pieczonych jabłek, liścia laurowego, przypraw i mięsa.
W głębi piekarnika stała duża, ciężka żeliwna brytfanna.
Wanda upiekła w niej w całości niemal trzykilogramową karkówkę. Mięso pokrywała lśniąca glazura z miodu i musztardy, a obok rumieniły się młode ziemniaki i leśne grzyby, zebrane jeszcze poprzedniej jesieni.
Ostrożnie chwyciła rozgrzane naczynie, zaniosła je do salonu i postawiła na grubej drewnianej podkładce, dokładnie na środku stołu.
Złocista skórka cicho zatrzeszczała.
Aromat był tak kuszący, że Elżbieta mimowolnie przełknęła ślinę i natychmiast sięgnęła po widelec. Piotr również się ożywił i z prawdziwym zainteresowaniem spojrzał na brytfannę.
Nastrój Elżbiety zmienił się w jednej chwili.
— No proszę, a już myślałam, że przygotowałaś wyłącznie rybne menu — powiedziała znacznie łagodniej, wybierając wzrokiem najbardziej rumiany kawałek. — Jednak potrafisz, kiedy chcesz. Pokrój szybko, póki gorące. I nałóż mi ziemniaków z brzegu.
Wanda nie sięgnęła jednak po nóż.
Przez kilka sekund patrzyła w milczeniu na gości, którzy z widelcami w dłoniach czekali na główne danie.
Potem znowu chwyciła rękawicami żeliwne uchwyty, podniosła brytfannę i zaniosła ją z powrotem do kuchni.
Marek gwałtownie usiadł prosto.
— Mamo, dokąd zabierasz mięso? Odstaw je! Przecież pachnie obłędnie!
Wanda nie odpowiedziała.
Postawiła brytfannę na drewnianej desce i przykryła ją ciężką pokrywą, żeby mięso nie wystygło. Następnie spokojnie wróciła do salonu.
Na jej twarzy nie było widać żadnych emocji. Wyglądała tak, jakby miała po prostu wytrzeć kurz albo schować czyste naczynia.
Podeszła do stołu i wzięła duży półmisek z pieczonymi pierogami.
