Zaniosła go do kuchni.
Później zabrała roladki z bakłażana.
Następnie talerz z domową pieczenią.
Na końcu sięgnęła po kryształową salaterkę, tę samą, którą kilka minut wcześniej tak gorliwie krytykowano.
Jedno po drugim wszystkie dania znikały ze świątecznego stołu i trafiały na kuchenny blat.
W ciszy słychać było nawet jednostajne buczenie lodówki.
Pierwsza zorientowała się Elżbieta.
— Wandziu, na stare lata całkiem straciłaś rozum? — zapiszczała, natychmiast zapominając o swoim wcześniejszym wyniosłym tonie. — Co ty wyprawiasz? Siedzimy przecież przy uroczystym stole!
Wanda spokojnie spojrzała na synową.
— Sama przed chwilą powiedziałaś, że stół jest biedny. Po co mam karmić szanownych gości byle czym i narażać ich na cholesterol? Mintaj przypomina wam karmę dla kotów, sałatka tonie w majonezie, a serwetki są za tanie. Nie musicie się więc męczyć. Nikt nie zmusza was, żebyście tutaj jedli.
Jej spokojny głos zabrzmiał mocniej niż krzyk.
Elżbieta na moment zupełnie zaniemówiła.
Marek natomiast zerwał się z kanapy. Na twarzy pojawiły mu się czerwone plamy.
— Mamo, skończ ten cyrk! Wstyd mi za ciebie przed teściami! Postaw jedzenie z powrotem. Wszyscy jesteśmy głodni! Zachowujesz się jak histeryczka!
Wanda spojrzała na syna uważnie, jakby po raz pierwszy zobaczyła go naprawdę.
Stał przed nią dorosły, szeroki w ramionach mężczyzna w starannie wyprasowanej koszuli — koszuli, którą kiedyś kupiła mu właśnie ona. Zadbany, syty i pewny siebie. A jednocześnie całkowicie niezdolny do okazania choćby odrobiny szacunku kobiecie, która przez dziesięciolecia oddawała mu wszystko, co miała.
— Wstydzić powinieneś się czegoś zupełnie innego, synu — powiedziała równie spokojnie. — Tego, że siedzisz w moim domu i słuchasz, jak obrażają twoją matkę za jedzenie, które przygotowywała przez dwa dni i kupiła za własne pieniądze. Skoro mój stół tak bardzo kompromituje cię przed rodziną, zabierz żonę, teściów i jedźcie do dobrej restauracji. Tam dostaniecie rukolę, królewskie krewetki i materiałowe, wykrochmalone serwetki, o których tak marzy Elżbieta.
Katarzyna gwałtownie zacisnęła dłonie.
— Wyrzucasz nas? W naszą rocznicę? Przyszliśmy do ciebie z dobrymi intencjami! Chcieliśmy spędzić czas po rodzinie!
Wanda podeszła do drzwi wejściowych i otworzyła je na oścież.
— Przyszliście najeść się za darmo, a przy okazji po raz kolejny powiedzieć mi, jaką jestem gospodynią. Od pięciu lat wszystko wygląda tak samo. Ale dzisiaj to się kończy. Przyjęcia już nie będzie. Zakładajcie buty.
Elżbieta wstała gwałtownie.
Oddychała ciężko z oburzenia, a jaskrawa apaszka zsunęła się jej na bok. W przedpokoju nerwowo zaczęła wciągać zamszowe półbuty.
— Moja noga więcej w tym mieszkaniu nie postanie! — syknęła. — Bezczelna kobieta! Przyszliśmy normalnie, a ona teraz wypomina nam jakiś kawałek mięsa! Zero wychowania i przyzwoitości. Jak byłaś ze wsi, tak już zostało! Chodź, Piotrze. Naprawdę nie mamy tu czego szukać!
Piotr spojrzał na Wandę z poczuciem winy i cicho westchnął. Nie odważył się sprzeciwić żonie. W milczeniu ruszył za nią.
Katarzyna z demonstracyjnym trzaskiem zamknęła torebkę i wyszła na klatkę schodową, nawet nie oglądając się na teściową.
Przy drzwiach najdłużej został Marek.
Patrzył na matkę z otwartą złością.
— To zostań sobie sama ze swoimi garnkami — powiedział przez zaciśnięte zęby. — Jeszcze będziesz dzwonić i przepraszać. Ale ja nie odbiorę. Zrujnowałaś mi święto przed ludźmi. Tego ci nie zapomnę.
Wanda odpowiedziała bez gniewu:
— Kiedy wyjdziesz, zamknij za sobą drzwi.
Gdy syn przekroczył próg, zamknęła drzwi i przekręciła klucz.
W ciszy przedpokoju suchy szczęk zamka zabrzmiał wyjątkowo głośno.
Wanda oparła plecy o drzwi i na chwilę zamknęła oczy.
Była przekonana, że zaraz zaczną drżeć jej ręce, że pojawią się łzy albo wróci znane poczucie winy, które po każdym rodzinnym konflikcie ściskało ją od środka.
Nic takiego się jednak nie stało.
Przeciwnie — poczuła, jak robi się jej lżej.
Miała wrażenie, że po wielu latach wreszcie zrzuciła z ramion ciężki worek mokrego piasku, który bez końca wnosiła pod górę.
Wróciła do kuchni.
Pod pokrywą na kuchence wciąż stała brytfanna. W powietrzu nadal unosił się ciepły zapach pieczonego mięsa, czosnku i ziół.
Wanda otworzyła kredens i wyjęła ulubiony porcelanowy talerz z cienkim złotym brzegiem.
Trzymała go na szczególne okazje. Nawet gościom rzadko podawała na nim jedzenie, bo bała się, że ktoś przypadkiem go stłucze.
Najwyraźniej właśnie nadszedł właściwy moment, by przestać go oszczędzać.
Ułożyła na talerzu duży, soczysty plaster karkówki. Obok położyła dwa miękkie ziemniaki nasiąknięte sosem z pieczeni i posypała całość świeżym koperkiem, który hodowała na parapecie.
Z lodówki wyjęła chrupiącego kiszonego ogórka.
Potem nalała do małego, przezroczystego kieliszka domowej nalewki żurawinowej, nastawionej jeszcze jesienią, i usiadła przy oknie.
Wieczorne słońce oblewało czystą kuchnię złotym światłem.
Za szybą cicho poruszały się młode liście brzóz, a gdzieś w gęstwinie wróbli ptaki nawoływały się głośno.
