Kiedy Michał i Karolina potrzebowali pieniędzy na pierwszy wkład za samochód, Teresa najgłośniej przekonywała wszystkich, że rodzice mają obowiązek pomóc dzieciom stanąć na nogi. Sama nie dała jednak ani złotówki. Barbara wypłaciła za to niemal wszystkie oszczędności i przekazała je synowi.
Gdy trzeba było na trzy tygodnie zabrać wnuka na działkę, bo druga babcia i dziadek wyjeżdżali nad morze, znowu pomogła Barbara. Pilnowała dziecka, zajmowała się grządkami, codziennie gotowała obiady i robiła świeże kompoty.
Wdzięczność słyszała jednak niezwykle rzadko.
Po powrocie z działki Teresa stwierdziła, że wnuk jest jakiś blady. Jej zdaniem konfitura truskawkowa Barbary była zbyt rzadka. Innym razem oznajmiła, że w mieszkaniu stale unosi się zapach starych książek.
Mimo wszystko Barbara po raz kolejny spróbowała skierować rozmowę na spokojniejsze tory.
— Nałożę ci ryby, Tereso — zaproponowała, sięgając po szeroką łopatkę do serwowania. — Świeży mintaj. Dusiłam go długo z marchewką i cebulą. Jest bardzo delikatny.
Teresa aż uniosła ręce.
— Mintaj?
Roześmiała się głośno, jakby usłyszała wyjątkowo zabawny dowcip, i zwróciła do córki.
— Karolinko, słyszysz? Na rocznicę podano nam mintaja! Boże, przecież tym można karmić bezdomne koty pod blokiem. Tyle się tej ryby najedliśmy, że do dziś źle mi się robi na samo wspomnienie. Wyobraźcie sobie: zaprosić ludzi na uroczystość i postawić na stole mrożonego mintaja!
Andrzej, który dotąd milczał, ostrożnie sięgnął po pieroga.
— To całkiem dobra ryba, Tereso. Nie przesadzaj.
Żona natychmiast odwróciła się ku niemu.
— Ty się lepiej nie odzywaj. Wielki znawca się znalazł. Tobie wystarczy, żeby brzuch był pełny. Co jesz, nie ma dla ciebie żadnego znaczenia.
Potem znowu spojrzała na Barbarę.
— Tylko się nie obrażaj, Basiu. Jestem bezpośrednia. Nie mam zwyczaju nikomu kłamać ani słodzić. Ale to nie jest świąteczny stół. To jakaś kpina z gości.
W pokoju zapadła ciężka, niezręczna cisza.
Za oknem zaszurał przejeżdżający samochód. Zegar z kukułką odmierzał sekundy równym, monotonnym tykaniem.
Michał wreszcie oderwał wzrok od telefonu i niespokojnie zmienił pozycję na kanapie. Nie spróbował jednak stanąć w obronie matki.
Zamiast tego powiedział z irytacją:
— Mamo, szczerze mówiąc, mogłaś po prostu zamówić gotowe jedzenie. Wszędzie są zestawy na różne okazje. Po co spędziłaś dwa dni przy kuchence, skoro teraz jeszcze musisz tego słuchać? Chcieliśmy przecież czegoś bardziej nowoczesnego.
Barbara powoli odwróciła głowę i spojrzała synowi prosto w oczy.
— Za dostawę trzeba zapłacić, Michał — odpowiedziała spokojnie, niemal bez emocji. — W zeszły wtorek siedziałeś właśnie tutaj i mówiłeś, że po racie kredytu prawie nie masz pieniędzy nawet na paliwo. Wszystko, co widzicie na stole, kupiłam za swoją pensję z laboratorium i emeryturę. Co do grosza.
Teresa głośno westchnęła, przewróciła oczami i ostentacyjnie odsunęła widelec.
— No i zaczyna się. Teraz do końca wieczoru będziemy słuchać, ile kosztował każdy ogórek i ile groszy wydałaś na sałatkę. Przyszliśmy chyba do rodziny, a nie na księgowe rozliczenie jedzenia. Gdybym wiedziała, jaki tu będzie biedny stół, od razu pojechalibyśmy z Andrzejem do restauracji. Przynajmniej porządnie byśmy zjedli. A teraz trzeba się tym wszystkim zapychać z grzeczności!
Barbara położyła dłonie na kolanach.
I wtedy nagle poczuła w sobie zupełną ciszę.
Ciężar w głowie zniknął. Ustąpiło też znajome poczucie krzywdy, które jeszcze przed chwilą zaciskało jej gardło i sprawiało, że oczy zaczynały piec od powstrzymywanych łez.
W jego miejscu pojawił się chłodny spokój. A wraz z nim — nieoczekiwane poczucie wolności.
Barbara wstała.
Bez pośpiechu i bez gwałtownych ruchów poszła do kuchni, założyła grube rękawice kuchenne z żółtymi słonecznikami i otworzyła piekarnik.
Uderzyła w nią fala gorącej pary.
Po całym mieszkaniu rozszedł się intensywny zapach czosnku, pieczonych jabłek, liścia laurowego, przypraw i mięsa.
W głębi piekarnika stała duża, ciężka żeliwna brytfanna.
Barbara upiekła w niej w całości prawie trzykilogramową karkówkę. Mięso pokrywała lśniąca glazura z miodu i musztardy, a po bokach leżały rumiane młode ziemniaki oraz leśne grzyby zebrane poprzedniej jesieni.
Ostrożnie chwyciła rozgrzaną brytfannę, zaniosła ją do salonu i postawiła na grubej drewnianej podkładce, dokładnie na środku stołu.
Skórka mięsa cicho trzaskała.
Aromat był tak kuszący, że Teresa przełknęła ślinę i niemal od razu sięgnęła po widelec.
Andrzej również się ożywił. Z autentycznym zainteresowaniem przyglądał się brytfannie.
Nastrój Teresy zmienił się w jednej chwili.
— No proszę, a ja już myślałam, że przygotowałaś wyłącznie rybne menu — powiedziała znacznie łagodniej, wybierając wzrokiem najbardziej rumiany kawałek. — Jednak potrafisz, kiedy chcesz. Pokrój szybko, póki gorące. I nałóż mi tych ziemniaków z brzegu.
Barbara nie sięgnęła jednak po nóż.
Przez kilka sekund patrzyła w milczeniu na gości, którzy już szykowali się na główne danie.
