„W CZWARTEK MARIAN PODPISZE MIESZKANIE, A WTEDY BĘDZIE NASZE” — USŁYSZAŁA ZOFIA I ZROZUMIAŁA, PO CO JEJ KUZYNKA PRZYJECHAŁA Z TAK OGROMNĄ WALIZKĄ

Zofia Kowalczyk już po raz trzeci przeliczała pieniądze w kopercie podpisanej „prąd i gaz”. Kwota wciąż się nie zgadzała. Wygładziła dłonią każdą pomiętą złotówkę, jakby banknoty mogły od tego cudownie się rozmnożyć, po czym starannie schowała je z powrotem.

Czterysta złotych.

Do emerytury zostało dziewięć dni.

W lodówce czekała połowa kurczaka, odłożona na jutrzejszy obiad dla gości.

Jeszcze tydzień wcześniej koperta była wyraźnie grubsza. Jeszcze tydzień temu w ich niewielkim mieszkaniu na krakowskim Kazimierzu panowała zwyczajna, domowa cisza, a największym problemem Zofii było to, czy wystarczy słoików na jesienne powidła.

Tego wieczoru zakręcała właśnie ostatni z nich.

W kuchni pachniało papryką, pomidorami i czosnkiem. Szyby zaparowały od gorąca, a Marian drzemał w fotelu, słuchając jednostajnych wiadomości.

Dzwonek do drzwi odezwał się długo i natarczywie, jakby ktoś przycisnął go łokciem i wcale nie zamierzał puścić.

— Marian, spodziewasz się kogoś? — Zofia wytarła ręce w ściereczkę.

— Chyba nie… — Mężczyzna podniósł się, jeszcze zaspany. — Może sąsiad z dołu znowu ma pretensje o kaloryfer.

Na klatce nie stał jednak żaden sąsiad.

W progu, w czerwonym kapeluszu z szerokim rondem, stała Renata — kuzynka Mariana z miejscowości niedaleko Sandomierza.

Za nią piętrzyła się wielka walizka na kółkach. Taka, z którą zwykle wyjeżdża się przynajmniej na miesiąc nad morze.

Nieco dalej przebierał nogami jej mąż Dariusz, trzymając w obu dłoniach wielkie torby w kratę.

— No i jesteśmy! — Renata już obejmowała Zofię, otulając ją słodkim zapachem perfum. — Nie spodziewaliście się? Tym lepiej! Niespodzianki są najprzyjemniejsze!

— Renatka! Darek! — Marian rozłożył ręce. — Dlaczego nie zadzwoniliście wcześniej? Wyjechałbym po was na dworzec.

— Jak to nie zadzwoniliśmy? — Renata uniosła brwi z udawanym oburzeniem. — Dzwoniłam do ciebie w niedzielę. Powiedziałam wyraźnie: „Marian, pakujemy się i przyjeżdżamy”. A ty co?

— Pomyślałem, że żartujesz — odparł, drapiąc się po głowie. — Kto w sierpniu zostawia gospodarstwo?

Zofia bez słowa spojrzała na walizkę.

Potem przeniosła wzrok na męża.

Marian z jakiegoś powodu uparcie wpatrywał się w podłogę.

Dochodziła dziesiąta wieczorem, ale ludzi po podróży nie wypadało przecież kłaść spać z pustymi żołądkami. Zofia wyjęła jajka, pokroiła chleb i otworzyła słoik ogórków konserwowych, zachowany na szczególną okazję.

— Siadajcie. Opowiadajcie, co was do nas sprowadziło.

— Oj, Zosiu, od razu brzmisz jak na przesłuchaniu — zaśmiała się Renata, zajmując sobą niemal całą kuchnię. — Stęskniliśmy się. Rodzina w końcu. Życie jest krótkie, a widujemy się raz na kilka lat.

— To prawda — powiedziała Zofia, stawiając patelnię na podkładce. — Tylko że mamy kawalerkę. Gdzie was położę?

— Nam wystarczy byle kąt!

— Na podłodze spać nie będziecie. Rozłożymy kanapę w kuchni. Będzie ciasno, ale jakoś się zmieścimy. Zostajecie na parę dni?

— Na trzy — odpowiedziała Renata i szybko wymieniła spojrzenie z Dariuszem.

Tej nocy Zofia długo przewracała się z boku na bok.

Za ścianą jednostajnie pracowała lodówka, a z kuchni dobiegało chrapanie Dariusza.

— Marian — szepnęła cicho. — Z taką walizką nie przyjeżdża się na trzy dni.

— Nie wymyślaj. Chcieli zobaczyć miasto.

Powiedział to zbyt szybko, a potem odwrócił się twarzą do ściany.

Zofia znała męża od czterdziestu dwóch lat.

Doskonale wiedziała, jak zachowywał się, kiedy próbował coś ukryć.

Tak samo odwracał się wtedy, gdy pożyczył od chrzestnego pieniądze na „pewny interes” z częściami samochodowymi.

I dokładnie w ten sam sposób odsunął się plecami, kiedy okazało się, że żadnego interesu nie będzie.

Odkąd Marian przeszedł na emeryturę po pracy w zajezdni autobusowej, nie potrafił pogodzić się z tym, że teraz każdą złotówkę trzeba oglądać z obu stron.

Wydawało mu się, że wystarczy jeszcze jeden szczęśliwy zbieg okoliczności, a ich dawne życie powróci.

Tyle że zamiast okazji pojawiały się kolejne długi.

Następnego ranka Zofia, jak zawsze, wstała o szóstej.

Wyszła na korytarz i zatrzymała się w pół kroku.

Przejście do kuchni było niemożliwe — spali tam goście.

Przez chwilę nasłuchiwała, po czym cicho wróciła do sypialni.

„Ludzie ze wsi — pomyślała. — Na pewno zaraz zerwą się razem ze słońcem”.

Renata pokazała się dopiero przed południem.

Miała na sobie szlafrok, włosy sterczały jej na wszystkie strony, a na twarzy malowało się pełne zadowolenie.

— Jak tu się śpi! Żadnego piania koguta, muczenia krów ani sąsiadki, która od piątej rano tłucze wiadrami. To dopiero życie!

Zofia postawiła przed nią talerz z omletem i kanapkami.

Renata przez chwilę przesuwała widelcem po jedzeniu.

— I to wszystko?

Zofia podniosła oczy.

— A czego jeszcze oczekiwałaś?

— No wiesz, Zosiu… Jesteś gospodynią z miasta. Myślałam, że będzie coś porządnego. Jakieś mięso, sałatki, żeby człowiek poczuł się jak u ludzi.

— Żyjemy skromnie, Renato.

— Widzę — prychnęła. — Nic nie szkodzi. Na obiad bardziej się postarasz.

Zofia poczuła, że policzki zaczynają ją piec.