Czy miała powiedzieć, że do emerytury zostało im niemal bez grosza?
Że Marian jest winien pieniądze prawie połowie garażowego podwórka?
Nie potrafiła.
Kiedy Renata i Dariusz wyszli na spacer do parku, Zofia zarzuciła sweter na ramiona i poszła piętro wyżej, do sąsiadki.
Helena Nowak otworzyła jej w okularach, z gazetą pełną krzyżówek w dłoni.
— Pani Heleno, jest mi strasznie niezręcznie… Czy mogłaby mi pani pożyczyć do emerytury? Goście przyjechali niespodziewanie, rodzina Mariana. Chcą, żeby wszystko było, jak należy.
Sąsiadka nie odpowiedziała.
Podeszła do kredensu, wyjęła portmonetkę schowaną pod porcelanową figurką aniołka i odliczyła pieniądze.
Potem zatrzymała dłoń Zofii w swojej.
— Oczywiście, dziecko. Ale posłuchaj starej, niemądrej kobiety. Jeśli ktoś przyjeżdża bez zapowiedzi z ogromnymi walizkami, a potem jeszcze układa gospodyni jadłospis, to raczej nie przyjechał tylko w odwiedziny. Powiedz im prawdę.
— Nie umiem. Wstyd mi.
— Wstydzić powinni się oni, nie ty — westchnęła Helena. — Zrób, jak uważasz. Tylko patrz uważnie i nie zamykaj oczu.
Wieczorem stół uginał się od jedzenia.
Zofia upiekła schab ze śliwkami, zrobiła sałatkę jarzynową, śledzie pod pierzynką i sałatkę z wątróbką.
Renata jadła z apetytem, zachwycała się każdym daniem i kilka razy dokładała sobie na talerz.
W końcu odchyliła się na krześle i z rozmarzeniem westchnęła:
— Wszystko pyszne, Zosiu. Ale do kawy zjadłabym prawdziwy sernik krakowski. Taki z rodzynkami. W końcu jesteśmy w Krakowie.
Następnego dnia Zofia znów poszła do Heleny.
Później ruszyła do cukierni.
Ciasto kosztowało niemal tyle, ile zwykle wydawała na jedzenie przez cały tydzień.
Niosąc duże pudełko przewiązane cienkim sznurkiem, myślała o zimowych butach, na które odkładała od wiosny.
Buty musiały poczekać.
Wieczorem Marian, rozpromieniony, oznajmił:
— Renata z Darkiem postanowili zostać jeszcze tydzień! Wspaniale, prawda?
Zofia oparła się plecami o framugę.
— Marianek — Renata natychmiast ujęła brata pod ramię — po tej kuchennej kanapie kręgosłup mam kompletnie zrujnowany. Może my przeniesiemy się do pokoju, a wy będziecie spać w kuchni? Jesteście u siebie, jakoś sobie poradzicie.
— Oczywiście! — Marian odpowiedział bez wahania, nawet nie spoglądając na żonę.
Zofia w milczeniu wyjęła z szafy czystą pościel i przygotowała łóżko dla gości.
To samo łóżko, w którym sama spała niemal czterdzieści lat.
Kuchenna kanapa rzeczywiście była koszmarna.
W samym środku zapadała się pod ciężarem, a jedna ze sprężyn boleśnie wbijała się Zofii w żebra.
Leżała nieruchomo na boku, próbując nie oddychać zbyt głęboko.
— Marian, kiedy oni wreszcie wyjadą? — wyszeptała. — Prawie nie mamy już pieniędzy na chleb. Dwa razy pożyczałam od Heleny.
— Zosiu, tylko nie zaczynaj. Niech ludzie chociaż raz porządnie zjedzą.
Chciała odpowiedzieć, lecz wtedy z pokoju dobiegły przyciszone głosy.
Drzwi od lat, odkąd budynek lekko osiadł, nie domykały się do końca.
— Jeszcze trochę wytrzymaj — szeptała Renata. — W czwartek Marian wszystko podpisze i mieszkanie będzie nasze. Sprzedamy je, a potem przeniesiemy się do Warszawy.
— A co z Zofią? — zapytał głucho Dariusz.
— Zofia? Zofia przez całe życie milczy. Teraz też będzie cicho.
Sprężyna przestała wbijać się w żebra.
Zofia nie czuła już nic.
Tylko zimno, które powoli wspinało się od stóp aż do gardła.
Nagle zrozumiała, po co przywieziono tę ogromną walizkę.
Rano, gdy tylko Renata i Dariusz wyszli na targ, Zofia zamknęła drzwi wejściowe na oba zamki i usiadła naprzeciwko męża.
— Co dokładnie zamierzasz podpisać w czwartek?
Marian przez chwilę udawał zdziwienie.
Potem spojrzał jej w oczy.
I natychmiast jakby uszło z niego całe powietrze.
Opowiadał długo, chaotycznie i nieskładnie.
Wiosną Renata zadzwoniła do niego z propozycją „niezwykle korzystnej zamiany”.
Ich mieszkanie miało zostać wymienione na jej dom na wsi.
Dom z działką i sadem.
Do tego Renata obiecywała dopłatę.
Właśnie z tych pieniędzy Marian chciał spłacić wszystkie swoje zobowiązania.
— Dom z ogrodem, Zosiu — mamrotał. — Świeże powietrze, własna ziemia… Myślałem, że ci się spodoba.
— A zapytać mnie o zdanie nie przyszło ci do głowy?
Nie odpowiedział.
— Marian, oni chcą wyrzucić nas z naszego własnego mieszkania. Rozumiesz?
Mężczyzna zasłonił twarz dłońmi.
Zofia patrzyła na jego siwe włosy i sama nie wiedziała, co czuje mocniej: gniew czy litość.
— Gdzie jest notariusz?
Kancelaria notarialna mieściła się na parterze starego, pięciopiętrowego bloku przy ulicy Długiej.
Zofia przyjechała autobusem pół godziny przed umówionym terminem.
Renata i Dariusz już siedzieli na korytarzu, na krzesłach obitych sztuczną skórą.
— O, Zosiu! — Renata natychmiast zerwała się na nogi. — My tylko załatwiamy tutaj swoje sprawy…
Drzwi gabinetu otworzyły się.
Młoda notariuszka w okularach uśmiechnęła się uprzejmie.
— Proszę wejść. Dokumenty są już przygotowane. Zostało tylko złożyć podpisy.
Zofia weszła pierwsza.
Usiadła przy biurku.
I poprosiła o dokumenty.
Notariuszka spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem, ale podała jej teczkę.
