Telefon zabrzęczał krótko dokładnie w chwili, gdy Marta stała po kostki w Dunajcu i z całych sił powstrzymywała krzyk, bo lodowata woda przeszywała jej nogi. Nawet pod koniec sierpnia górska rzeka była tak zimna, że po minucie palce zaczynały drętwieć. Wyszła na rozgrzany słońcem kamień, wytarła mokre dłonie o szorty i spojrzała na ekran.
„Wracaj z urlopu. Z mamą jest źle”.
Maksym. Bez powitania, bez pytania, nawet bez zwykłego „jak się masz”.
Marta przeczytała wiadomość dwa razy. Potem jeszcze raz, tym razem wolniej, jakby przy kolejnym odczytaniu słowa mogły ułożyć się w inną treść.
Nie ułożyły się.
Na ten wyjazd przygotowywała się niemal pół roku. Kiedy w marcu w pracy zaczęto mówić o premii rocznej, Marta po raz pierwszy od dawna uczciwie przyznała sama przed sobą, że tych pieniędzy nie przeznaczy ani na remont kuchni, ani na nową pralkę, ani na prezent dla teściowej z okazji urodzin.
Tym razem wyda je na siebie.
Na pięć dni w Krynicy-Zdroju.
Na niewielki pensjonat z drewnianym balkonem i widokiem na góry.
Premię wypłacono w lipcu. Jeszcze tego samego wieczoru Marta zarezerwowała pokój i kupiła bilety na nocny pociąg z Lublina do Krakowa oraz z powrotem — od razu, na dokładnie wybrane dni.
Maksym dowiedział się o wyjeździe mniej więcej tydzień przed jej odjazdem.
Marta spokojnie wytłumaczyła mu, że jest zmęczona, że naprawdę potrzebuje odpoczynku i że choć przez kilka dni chce pobyć sama.
Awantury nie było.
Maksym tylko długo patrzył w talerz, a potem powiedział:
— Pięć dni to przesada. Mogłabyś pojechać chociaż na weekend.
— Mogłabym — odpowiedziała spokojnie Marta. — Ale nie chcę.
Później już do tego nie wracali.
Walizkę spakowała sama, bez jego zwyczajnych rad i listy rzeczy, które „koniecznie trzeba zabrać”.
Po raz pierwszy w ciągu pięciu lat małżeństwa nie wkładała do niej przedmiotów, które „mogą się przydać wszystkim”, tylko te potrzebne jej: gruby wełniany sweter, buty trekkingowe, strój kąpielowy — na wypadek, gdyby w pensjonacie rzeczywiście znajdowała się obiecana balia — oraz książkę, którą trzy razy zaczynała czytać i za każdym razem odkładała na później.
Pierwszy dzień był tak cichy i spokojny, że Marcie trudno było się do tego przyzwyczaić.
Gospodyni pensjonatu, pani Helena, drobna starsza kobieta o głosie surowej nauczycielki, rano postawiła przed nią wielką miskę kwaśnicy z ziemniakami i kawałkiem oscypka.
— Proszę jeść, proszę pani. W góry nie chodzi się na pusty żołądek.
Marta zjadła wszystko do ostatniej łyżki.
Potem poszła do wodospadu Zaskalnik, długo stała na drewnianym mostku wśród drobnych kropli, kupiła na targu wełniane skarpety, choć w domu miała już trzy niemal identyczne pary.
Wieczorem usiadła na drewnianym balkonie, otuliła się kocem i wreszcie doczytała książkę do końca.
Zadzwoniła do przyjaciółki Anety, bo po prostu chciała opowiedzieć jej o minionym dniu.
— Jesteś jakaś inna — zauważyła Aneta. — Masz taki spokojny głos. Dawno cię takiej nie słyszałam.
— Chyba tutejsze powietrze tak działa — roześmiała się Marta.
Następnego dnia przyszła wiadomość od Maksyma.
Siedziała na dużym głazie nad rzeką i myślała o Zofii.
Teściowa miała sześćdziesiąt osiem lat. Śpiewała w chórze ludowym przy domu kultury, dwa razy w tygodniu chodziła z kijkami nad Wisłę, a na każde urodziny zapraszała tylu gości, że krzesła trzeba było pożyczać od sąsiadów.
Jeszcze tydzień wcześniej Zofia dzwoniła do Marty i pytała, ile cukru najlepiej dodać do dżemu z agrestu.
Jej głos był wtedy mocny i pełen energii.
Nigdy specjalnie nie narzekała na ciśnienie, a z sercem również nie miała poważnych problemów.
Wręcz przeciwnie — niedawno z dumą opowiadała:
— Kardiolog zobaczył moje wyniki i powiedział: „Sam chciałbym mieć takie parametry!”.
Pięć lat wcześniej Marta już byłaby na dworcu.
Dawniej każde „mamie jest źle” działało na nią natychmiast.
Porzucała swoje sprawy, zmieniała plany i wracała do domu.
A potem okazywało się, że Zofii po prostu się nudziło albo Maksym nie miał ochoty sam zająć się jakąś sprawą.
Marta nigdy niczego nie sprawdzała.
Wierzyła.
I natychmiast biegła.
Tym razem położyła telefon ekranem do dołu i spojrzała na płynącą wodę.
Po chwili prawie niezauważalnie skinęła głową.
Nie Maksymowi.
Samej sobie.
Najpierw musi sprawdzić, co naprawdę się wydarzyło.
Dopiero potem podejmie decyzję.
Wieczorem zadzwoniła do Anety.
— Słuchaj, mieszkasz przecież niedaleko Zofii. Mogłabyś do niej zajrzeć? Maksym pisze, że źle się czuje. Zanim wszystko rzucę, zmienię bilet i wrócę, chcę wiedzieć, jak poważna jest sytuacja.
— Oczywiście — zgodziła się Aneta bez chwili wahania. — Wpadnę do niej rano. Coś wymyślę.
Aneta oddzwoniła następnego dnia niedługo po południu.
— Byłam u niej jakieś czterdzieści minut temu. Zaniosłam słoik miodu i powiedziałam, że tata przysłał, bo w tym roku ma wyjątkowo dobry zbiór. Marta, tam się dzieją rzeczy! W kuchni siedziały pani Jadwiga i pani Bożena z chóru. Na stole piętrzyły się pomidory oraz papryka, a one robiły leczo do słoików. Zofia stała w fartuchu i wydawała polecenia, komu ile czosnku dorzucić. Mnie jeszcze poczęstowały herbatą. Nie zauważyłam tam żadnej chorej osoby. No, może poza papryką, która wyglądała na wykończoną.
