Marta słuchała w milczeniu i czuła, jak wszystko zaczyna układać się w środku.
To nie była nawet ulga.
Raczej klarowność.
Chłodna, spokojna i twarda.
Jakby wreszcie dostała odpowiedź na pytanie, którego przez lata bała się zadać.
— Dziękuję — powiedziała. — Bardzo mi pomogłaś.
— I co teraz zrobisz?
Marta spojrzała w stronę gór.
— Nic. Będę dalej odpoczywać.
Wieczorem Maksym napisał ponownie:
„W ogóle czytasz moje wiadomości? Mamie się pogorszyło. Nie rozumiem, jak możesz spokojnie chodzić po górach, kiedy dzieje się coś takiego”.
Tym razem również nie odpowiedziała.
Miała wystarczająco dużo słów.
Nawet zbyt dużo.
Ale każde z nich oznaczałoby, że znowu będzie musiała się tłumaczyć.
A tego nie chciała już robić.
Przez pięć lat Marta zrozumiała jedną prostą rzecz: każde jej wyjaśnienie tylko mocniej utwierdzało Maksyma w przekonaniu, że działa jak przycisk windy.
Wystarczy nacisnąć — a ona przyjedzie.
Schowała telefon do plecaka i poszła sama na kolację.
W małej góralskiej karczmie wybrała stolik przy oknie, taki, przy którym zwykle siedziały pary.
Młody kelner w haftowanej koszuli przez moment zerknął na puste krzesło naprzeciwko niej, lecz o nic nie zapytał.
Przyniósł jej tylko żurek z grzybami i gorące placki ziemniaczane.
Czwartego dnia Marta niemal do wieczora w ogóle nie włączała telefonu.
Zrobiła to celowo.
Wyruszyła na Gubałówkę i przez prawie trzy godziny wspinała się wśród korzeni, kamieni oraz wilgotnej ziemi.
Kiedy dotarła na górę, długo siedziała na trawie i patrzyła na chmury przesuwające się powoli poniżej jej.
Nie chciała, by czyjś głos po raz kolejny mówił jej, dokąd ma iść, co powinna zrobić i kiedy wrócić do domu.
Telefon uruchomiła dopiero w pokoju, gdy zdjęła buty i nastawiła wodę na herbatę.
Na ekranie czekała trzecia wiadomość.
„Jeśli jutro nie wrócisz, będziesz żałować. Wszystkim opowiem, jak zostawiłaś chorą teściową dla swoich gór. Zobaczymy, co powiedzą potem twoi współpracownicy i twoja matka”.
Ostatnie zdanie przeczytała kilka razy.
Nie dlatego, że się przestraszyła.
Wręcz przeciwnie.
Po raz pierwszy zobaczyła czarno na białym to, co wcześniej istniało jedynie między wierszami.
Wcale nie chodziło o Zofię.
Problem był gdzie indziej.
Chodziło o to, kto w ich rodzinie ma prawo podejmować decyzje.
Tej nocy Marta długo nie mogła zasnąć.
Siedziała na balkonie w grubym swetrze — w górach nocą czuć już było jesień — i słuchała szumu rzeki.
Nagle dopadła ją nieprzyjemna myśl.
A jeśli jednak przesadza?
Może Aneta czegoś nie zauważyła?
Może Zofia naprawdę źle czuje się dopiero wieczorami?
A może Maksym mówi prawdę?
Stary odruch okazał się silniejszy, niż przypuszczała.
Pięciu lat nie da się wymazać czterema dniami urlopu.
Tym razem jednak zmusiła się, by oprzeć się nie na lęku, ale na faktach.
Napisała do Anety:
„Grozi, że wszystkim powie, iż zostawiłam chorą teściową. Przecież ona jest zdrowa, sama ją widziałaś. Jeśli będzie trzeba, potwierdzisz to?”.
Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast:
„Oczywiście. Jestem po twojej stronie. A tak przy okazji, dziesięć minut temu Zofia przechodziła pod moimi oknami z kijkami. Szła bardzo żwawo”.
Marta otworzyła rozmowę z Maksymem.
Zrobiła zrzuty ekranu wszystkich trzech wiadomości, tak aby widoczne były daty i godziny.
Potem wysłała je sobie na pocztę elektroniczną.
Na wszelki wypadek.
Bilet powrotny do Lublina od lipca czekał już w aplikacji.
Kupiła go wcześniej nie dlatego, że przeczuwała podobną rozmowę.
Po prostu zawsze planowała podróże od pierwszego dnia aż do ostatniego.
Teraz jednak data na bilecie przestała być zwykłą liczbą.
Stała się jej odpowiedzią.
Do Maksyma nie napisała już nic.
Ani tamtego wieczoru.
Ani następnego dnia.
Ani rano, przed wyjazdem.
Na pożegnanie pani Helena zawinęła jej w papier duży kawałek domowego oscypka i powiedziała:
— Proszę przyjechać jeszcze raz. Góry pani służą.
Marta uśmiechnęła się.
— Na pewno przyjadę.
Nocny pociąg dotarł do Lublina punktualnie o siódmej rano.
Dokładnie o tej porze, o której powinien przyjechać.
Zgodnie z rozkładem.
Zgodnie z jej biletem.
A nie według czyjegoś żądania.
Maksym otworzył drzwi, zanim zdążyła wyjąć klucze.
Pewnie usłyszał taksówkę zatrzymującą się przed blokiem.
— Nareszcie — powiedział zamiast powitania. — Opalona. Wypoczęta. A mama przez cały ten czas ledwo się trzymała.
Marta postawiła walizkę przy ścianie.
Nie zdjęła kurtki.
— W dniu, w którym wysłałeś pierwszą wiadomość, twoja mama była na próbie chóru — powiedziała spokojnie. — Następnego dnia robiła leczo razem z panią Jadwigą i panią Bożeną. Aneta siedziała z nimi w kuchni i piła herbatę. A wieczorem widziała twoją mamę, jak energicznie maszeruje nad Wisłą z kijkami.
Maksym zamilkł w połowie zdania, które już miał wypowiedzieć.
— Ty… to sprawdziłaś?
Marta spojrzała mu prosto w oczy.
— Od teraz będę sprawdzać zawsze. Pięć lat temu po pierwszej twojej wiadomości siedziałabym już w pociągu. Tym razem najpierw postanowiłam dowiedzieć się, jaka jest prawda.
Maksym odwrócił wzrok.
