— Sławik, kiedy twoja matka wreszcie przestanie wydzwaniać bez końca? Ile można tego słuchać co tydzień?
Sława spojrzał na żonę z zakłopotaniem.
— Ma jubileusz, Olesia. Sześćdziesiąte urodziny… Mama prosi, żebym przyjechał chociaż na jeden wieczór.
— Na wieczór?! — Olesia skrzywiła się z niesmakiem. — Ty mówisz poważnie? Jutro zamiast siedzieć przy stole z ważnymi ludźmi w Moskwie, chcesz jechać do swojej kurskiej wsi i zajadać jakieś pierogi ze starymi babami?
Spojrzała na niego tak, jakby powiedział coś haniebnego.
— Słyszysz sam siebie? Ty jesteś Wiaczesław Morozow, współwłaściciel wielkiej firmy! A twoja matka? Woźna w szkolnych korytarzach, całe życie ze ścierką w rękach. To przecież wstyd!
Telefon zadzwonił znowu i Sława odebrał.
— Tak, mamo, tylko szybko, mam spotkanie.
— Sławusiu, synku! — głos matki, rwany przez zakłócenia, drżał niemal od łez. — Chciałam tylko zapytać… Przyjedziesz?
Na jutro szykowała się jak na święto.
— Sobota już jutro, nawet nową niebieską sukienkę założę. Luba pomogła mi wybrać ją w sklepie we wsi.
Zawstydzonym, ciepłym tonem dodała:
— Sąsiedzi ciągle pytają: „Kiedy twój Sławka przyjedzie?” A ja im mówię: „Obiecał, że będzie, już pewnie zaraz dotrze…”
— Niczego nie obiecywałem, mamo! — Sława podniósł głos, kątem oka łapiąc aprobujące spojrzenie żony. — Ja mam ważną transakcję!
Nie potrafił się już zatrzymać.
— Kupuję agroholding, który przyniesie miliony. Jakie sąsiadki, jakie sukienki? Przeleję ci sto tysięcy rubli, kup sobie, co chcesz. I nie dzwoń w godzinach pracy.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Sławuś, ja tak się stęskniłam… Upiekłam ci pierogi. Z malinami, takie jak lubiłeś w dzieciństwie…
— Możesz je wyrzucić — uciął ostro.
Julka uśmiechnęła się z zadowoleniem i objęła męża za szyję.
— No, teraz dobrze. Twoja matka to tylko ciężar, Sława. Zrzucisz go z ramion i pójdziesz wyżej.
Nie odpowiedział. Coś jednak zabolało go w środku tak nagle, jakby ktoś wbił cienką igłę prosto pod serce.
W wielkiej sali konferencyjnej czekali już na niego przedstawiciele „AgroPromu”.
Wśród gospodarstw, które miały wejść w transakcję, znajdowało się również to, gdzie jego matka dorabiała już na emeryturze.
O zwykłych pracownikach nikt tam nie myślał. Los ludzi ze wsi nikogo nie obchodził.
Padła nawet uwaga, że gdyby jeszcze wysiedlić całą wieś, można by postawić w tym miejscu świetną fabrykę.
Wieczorem odbywało się przyjęcie w ministerstwie. Olesia błyszczała w nowej biżuterii, śmiała się głośno i z zapałem rozmawiała z żonami ważnych urzędników.
Tylko Sława nie umiał się uspokoić. Coś nie dawało mu spokoju, coś gryzło od środka. Co chwila zerkał na telefon, ale mama już nie dzwoniła.
Obraziła się, pomyślał. I może dobrze. Kupi sobie za moje pieniądze nowy telewizor. W końcu te sto tysięcy to było najlepsze rozwiązanie.
O czwartej nad ranem obudził ich telefon.
— Morozow Wiaczesław Siergiejewicz? — zapytał cicho obcy mężczyzna. — Dyżurny lekarz ze szpitala miejskiego.
Sława od razu usiadł na łóżku.
— Pańska mama zmarła około godziny temu. Zawał. Proszę przyjąć wyrazy współczucia. Bardzo mi przykro.
— Jak to zmarła? — wyszeptał. — Przecież wczoraj… To niemożliwe! Nigdy się na nic nie skarżyła!
Lekarz westchnął ciężko.
— Tak bywa. Zawał przychodzi nagle… Czy może pan przyjechać? Trzeba załatwić dokumenty i odprowadzić mamę.
Sława nie dosłuchał do końca, tylko zaczął w pośpiechu się ubierać. Olesia nawet się nie podniosła. Wszystko słyszała, ale sen był dla niej ważniejszy.
— Po co ten pośpiech? — mruknęła. — I tak już wszystko jasne.
Do rodzinnej wsi było cztery i pół godziny drogi. Im bliżej podjeżdżał, tym mocniej trzęsły mu się ręce.
Przed bramą stał tłum: sąsiadki w chustkach, mężczyźni w starych kurtkach, milczący, poszarzali.
Gdy wysiadł z auta, wszyscy ucichli, odwrócili się i spojrzeli na niego.
— Przyjechał paniczyk — syknęła ciotka Zina, sąsiadka matki. — Przyjechałeś zatańczyć na jej kościach? Wstydu nie masz!
Jej oczy płonęły gniewem.
— Do grobu ją doprowadziłeś, a teraz po spadek przyszedłeś? Pewnie już nawet kupców na ten dom znalazłeś!
— Zejdź z drogi — odburknął. — Gdzie są klucze?
— W zamku. Komu ten twój dom potrzebny? — Zina splunęła mu pod nogi. — Ona go dla ciebie trzymała, sama podłogi myła, na swojego „złotego syna” czekała…
Sława wszedł do środka. Wszystko pozostało na swoim miejscu: sztuczne kwiaty w wazonie, który jej podarował na Nowy Rok, na stole telefon komórkowy — też jego prezent.
W sypialni na łóżku leżała niebieska sukienka. Metka nadal była przypięta. Widocznie jednak jej nie założyła.
Otworzył komodę, szukając dokumentów. Na samym dnie, pod starannie ułożoną stertą wykrochmalonej bielizny, znalazł blaszane pudełko.
W środku leżały wycinki wszystkich jego wywiadów z gazet. Mama przechowywała je z taką troską, jakby były skarbem.
Pod nimi spoczywały stare, pomięte ruble, spięte apteczną gumką. A obok kartka zapisana koślawym pismem:
„Sławusiu, synku mój. Zostawiam ci ten list, na wypadek gdybym nie zdążyła powiedzieć tego osobiście.