Marta odwróciła się do niego.
— Na razie dokumentuję to, co się stało. A jak to się skończy, zależy od Piotra.
— Odda nam pieniądze?
— Proszę go zapytać. Ale z mojego mieszkania i tak się wyprowadzacie.
Tomasz zacisnął zęby i skinął głową.
Piotr przyjechał po trzydziestu pięciu minutach.
Marta usłyszała, jak pospiesznie otwiera drzwi swoim kluczem. Czyli komplet rzeczywiście u niego został.
Wszedł do przedpokoju, zobaczył walizki, Tomasza z torbami, Agnieszkę z zaczerwienioną twarzą i Martę stojącą przy lustrze z teczką w rękach.
— Marta, tylko nie zaczynaj…
Wyciągnęła dłoń.
— Klucze.
Piotr nie od razu sięgnął do kieszeni. Najpierw próbował się uśmiechnąć.
— Zaraz wszystko wyjaśnię.
— Klucze.
Wyjął pęk z dwoma kluczami na starym breloku.
Marta zabrała je i od razu zapytała:
— Są jeszcze jakieś?
— Nie.
— Dobrze się zastanów.
Piotr wypuścił powietrze z irytacją.
— Powiedziałem, że nie.
Tomasz zrobił gwałtowny krok w jego stronę.
— Oddawaj pieniądze.
Piotr odwrócił się do niego.
— Poczekaj. Zaraz to ogarniemy.
— Co tu ogarniać? Powiedziałeś, że mieszkanie jest twoje i byłej żony. Powiedziałeś, że możesz nas tu zakwaterować. Wziąłeś pieniądze.
Piotr rzucił szybkie spojrzenie Marcie.
— Nie mówiłem, że mieszkanie jest moje. Powiedziałem, że da się załatwić.
Agnieszka wyszła z sypialni z dziecięcą torbą w rękach.
— Powiedziałeś: mieszkajcie spokojnie, właścicielka nie ma nic przeciwko.
Piotr poczerwieniał.
— Myślałem, że Marta nie będzie miała nic przeciwko! Mieszkanie i tak puste!
Marta roześmiała się krótko, ale bez uśmiechu.
— Postanowiłeś pomyśleć za mnie?
— Chciałem pomóc ludziom!
— Za pieniądze?
Piotr otworzył usta, lecz nie znalazł odpowiedzi.
Marta położyła pokwitowanie na szafce.
— Wziąłeś od nich pieniądze za moje mieszkanie. Wpuściłeś obcych ludzi do mojej sypialni. Otwierałeś moje szafy. Grzebałeś w moich dokumentach. I teraz chcesz powiedzieć, że tylko pomagałeś?
Piotr przesunął dłonią po karku.
— Marta, nie rób afery. Pomieszkaliby tydzień. Najwyżej dwa. Potem miałem ci powiedzieć.
— Po tym, jak wróciłabym i zobaczyła tutaj obcych ludzi?
— Przecież nic by ci się nie stało.
Agnieszka gwałtownie odwróciła się do niego.
— Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? Nocowaliśmy z dziećmi w cudzym mieszkaniu! A gdyby ona wezwała policję i zabrali nas na wyjaśnienia?
— Nikt by was nigdzie nie zabrał — burknął Piotr. — Uspokójcie się wreszcie.
Marta patrzyła na byłego męża tak uważnie, że spuścił wzrok.
— Oddasz im pieniądze teraz.
— Nie mam całej kwoty w gotówce.
— Przelewem.
— Marta, nie rozkazuj mi.
— W takim razie dzwonię po policję. I cała wasza trójka będzie tłumaczyć sytuację funkcjonariuszom. Mam pokwitowanie, zdjęcia i twój komplet kluczy.
Piotr spurpurowiał. Przy skroniach pojawiły mu się czerwone plamy.
— Ty zawsze lubiłaś wywierać presję!
— A ty zawsze lubiłeś brać cudze i udawać, że masz do tego prawo.
Te słowa trafiły dokładnie tam, gdzie miały trafić.
Piotr gwałtownie odwrócił głowę, wyjął telefon i zaczął robić przelew Tomaszowi.
Tomasz stał obok, sprawdzając wpływ. Kiedy telefon w jego dłoni zabrzęczał, powiedział:
— Przyszło.
— Cała kwota? — upewniła się Marta.
— Tak.
— W takim razie pakujcie resztę.
Pakowanie zajęło prawie godzinę.
Agnieszka w milczeniu wyjmowała rzeczy z szafy, składała dziecięce ubrania, zbierała kosmetyki i ręczniki. Za każdym razem, gdy znajdowała coś swojego wśród rzeczy Marty, jej twarz czerwieniała jeszcze mocniej.
— Przepraszam — powiedziała wreszcie cicho, kiedy zostały w sypialni same. — Rozumiem, że nie musi pani tego słuchać, ale naprawdę nie wiedzieliśmy.
Marta spojrzała na nią.
— Powinniście podpisać normalną umowę z właścicielem.
— Powinniśmy.
— I sprawdzić dokumenty.
Agnieszka skinęła głową.
— Tak. Tylko… kiedy ma się dwoje dzieci, wynajem w ostatniej chwili się sypie, rzeczy są już spakowane, a ktoś nagle mówi: jest możliwość, wprowadzajcie się choćby dziś… człowiek przestaje myśleć.
Marta nie zaczęła jej pocieszać. Ale złość na Agnieszkę prawie zniknęła.
Cała złość należała teraz do Piotra.
— Proszę zabrać zabawki z łóżka.
— Już.
W przedpokoju Piotr próbował półgłosem coś tłumaczyć Tomaszowi.
— No co ty się teraz boczysz? Pieniądze przecież oddałem.
— Wrobiłeś nas.
— Nikt nikogo nie wrobił.
Tomasz postawił torbę na podłodze.
— Wpuściłeś moje dzieci do cudzego mieszkania. Ty to w ogóle rozumiesz?
Piotr skrzywił się.
— Daj już spokój.
Marta wyszła z sypialni.
— Piotr, zostajesz do końca i sprawdzasz, żeby zabrali wszystkie swoje rzeczy. Potem jedziemy do ciebie po drugi komplet kluczy, który na pewno gdzieś trzymasz.
Drgnął.
— Nigdzie nie jadę.
— Jedziesz.
— Nie jesteś już nikim, kto może mną rządzić.
— Właśnie. Nie jestem nikim twoim. Dlatego nie masz prawa korzystać z mojego mieszkania. Jeżeli zapomniałeś, mogę ci przypomnieć przy świadkach i przy policji.
Piotr zacisnął zęby.
— Zupełnie zepsuł ci się charakter.
— Nie. Po prostu kiedyś długo tłumaczyłam. Teraz od razu działam.
Kiedy Tomasz i Agnieszka wynieśli ostatnie torby, dzieci siedziały już w samochodzie na podwórku. Agnieszka wróciła po wózek i na sekundę zatrzymała się w drzwiach.
