— No i co? Dzieci przecież.
— Jak to no i co? Zniszczyły mi cały plon!
— Tosiu, daj spokój. Będziesz płakać nad jagodami?
Antonina aż cofnęła się o krok.
— Nad jagodami? Przez pięć lat hodowałam te krzaki! Każdy podlewałam, nawoziłam, pilnowałam jak oka w głowie!
— To wyhodujesz następne. Po co robić tragedię?
— Zosiu, czy ty chociaż możesz przeprosić?
— A za co ja mam przepraszać? Dzieci to dzieci. Co im zrobisz?
Rozmowa utknęła w miejscu. Antonina zrozumiała, że sąsiadka nie widzi w zachowaniu swoich wnuków nic złego.
Następnego dnia okazało się, że zniknęły również kiście winogron. Te same, które miały spokojnie dojrzewać do końca sierpnia.
— Zofio! — krzyknęła Antonina przez płot.
— Czego znowu?
— Twoje wnuki oberwały teraz winogrona!
— I co takiego? Pewnie kwaśne były.
— Oczywiście, że kwaśne! Przecież były jeszcze zielone! Zerwały prawie wszystkie kiście!
— No to spróbowały i zostawiły. Dzieci są ciekawe świata.
Antonina poczuła, jak w środku wszystko zaczyna w niej wrzeć.
— Zofio, twoje dzieci niszczą mi cały ogród!
— Nie przesadzaj. Masz wielką działkę, wszystko ci tam rośnie jak w gospodarstwie.
— Co ma do tego wielka działka? Ja te rośliny hodowałam latami!
— To hoduj dalej.
Zofia odwróciła się i zniknęła w domu, zatrzaskując za sobą drzwi.
Wieczorem Antonina opowiedziała mężowi o całej rozmowie.
— Wyobrażasz sobie? Nawet nie powiedziała „przepraszam”. Tylko ciągle powtarza, że dzieci to dzieci.
— A czego się po niej spodziewałaś? — Piotr wzruszył ramionami. — Łatwiej jej machnąć ręką, niż usiąść z nimi i wytłumaczyć, że cudze nie jest ich.
— Ale to przecież kradzież.
— Tosiu, nie nakręcaj się. Dzieci małe, jeszcze nie wszystko rozumieją.
— Najstarszy ma czternaście lat! A Michał trzynaście! W tym wieku człowiek już wie, że nie wolno brać nie swojego.
Piotr westchnął ciężko. Nie chciał wojny z sąsiadami z powodu owoców, choć widział, jak bardzo żona cierpi.
Kilka dni później zniknęła nawet porzeczka.
— Koniec. Tego już nie zostawię — powiedziała Antonina twardo.
Znów poszła do Zofii. Sąsiadka stała przy rabatach i podlewała pelargonie z metalowej konewki.
— Teraz zjedli mi porzeczki!
— Jakie porzeczki?
— Moje! Twoje wnuki znowu przełaziły przez płot!
— Tosiu, co ty się tak rzucasz? Dzieci skubnęły trochę owoców, przecież to nie koniec świata.
— Nie skubnęły. Oberwały do czysta. Cały zbiór przepadł.
— A ty co tak na te dzieci naskakujesz? Sama jesteś sobie winna.
Antonina zaniemówiła.
— Ja winna?
— A kto im pozwalał biegać po twojej działce? Przyzwyczaiły się, że mogą tam wchodzić, no to wchodzą.
— Robiłam to z dobroci. Myślałam, że niech się dzieci bawią razem.
— No to masz efekt swojej dobroci.
Zofia odstawiła konewkę i ruszyła w stronę domu.
— Poza tym, jak nie chcesz, żeby ktoś brał, postaw porządniejszy płot. U ciebie dziura na dziurze, każdy może wejść.
— Zofio, ale dzieciom trzeba wytłumaczyć, że cudzych rzeczy się nie rusza!
— Trzeba. Tylko po co? I tak nie zrozumieją.
Antonina wróciła na swoją działkę rozbita. Usiadła na ławce pod jabłonią i rozpłakała się cicho. Przez tyle lat pracowała w ogrodzie, czekała, planowała, cieszyła się każdym pąkiem, a teraz wszystko zostało podeptane i zerwane, jakby nie miało żadnej wartości.
— Tosiu, nie płacz — próbował pocieszać ją Piotr. — Za rok znów będą owoce.
— To nie chodzi tylko o owoce! Chodzi o to, że ona nawet nie chce przyznać, że stało się coś złego. Ani przeprosin, ani wstydu. Jakby jej wszystko wolno było.
— Znasz ją przecież. Taka jest.
I rzeczywiście, Zofia wśród działkowców uchodziła za osobę trudną, złośliwą i nieprzyjemną w rozmowie. Mimo to do tej pory ona i Antonina jakoś żyły obok siebie spokojnie.
— Piotrze, może zrobimy wyższy płot? — zapytała Antonina po długiej chwili.
— Możemy. Tylko tanio nie będzie.
— A co mamy zrobić? Patrzeć, jak za chwilę ogołocą nam cały sad?
Następnego dnia zaczęła się budowa nowego ogrodzenia. Piotr przywiózł deski, słupki, siatkę i narzędzia. Od rana do wieczora mierzył, przycinał, wbijał i mocował wszystko tak, żeby nie została ani jedna szczelina.
Zofia obserwowała prace ze swojego podwórka i komentowała z przekąsem:
— No proszę, jacy skąpi! Przed dziećmi się płotem odgradzają!
Antonina nie odpowiadała. Zaciskała tylko usta i dalej podawała mężowi narzędzia.
Wnuki sąsiadki też kręciły się przy ogrodzeniu, zaglądały pod deski i szukały nowej drogi. Ale Piotr zabił wszystkie dziury, uszczelnił prześwity i zamknął furtkę na solidny skobel.
— Ciociu Tosiu, dlaczego postawiliście taki płot? — zapytała mała Kasia.
— Żeby ocalić owoce.
— A możemy jeszcze przychodzić się bawić?
Antonina poczuła ukłucie w sercu, ale odpowiedziała spokojnie:
— Nie. Już nie możecie.
Płot pomógł, lecz relacje z sąsiadami popsuły się ostatecznie. Zofia odwracała głowę, gdy spotykała Antoninę przy studni albo na drodze. Dzieci przestały przychodzić, za to zza ogrodzenia coraz częściej dobiegały ich głosy.
— Sknera! — krzyczały. — Stara sknera!